Właśnie wróciłem z pożegnalnego party dla G, która w poniedziałek przeprowadza się do Chicago.
Impreza zorganizowana w Zielonej Latarni była odjazdowa: sami znajomi i przyjaciele, żadnej rewii mody rodem z warszawki, przystępne ceny, prawie wszystkim dopisywały cały czas dobre humory, piwo lało się strumieniami no i był ze mną A.!!!
W przerwach tanecznych wyskoczyłem z nim coś zjeść a na koniec na kawę do Exbudu. Bez niego ten wieczór byłby na pewno inny…
Gdy wracałem do domu (najpierw o godz. 1. w nocy) na przystanku ”shaltowala” mnie koleżanka ze studiów narzekając, że czuje ogromne parcie by popląsać a tu nie ma z kim. Wróciłem, więc z nią Pod Latarnię, bo nie wypadało zostawiać damy w potrzebie i zostałem aż do teraz.
(Ktoś może zapytać dlaczego jeszcze nie idę spać? Jestem wstawiony, rano na pewno będę miał kaca, ale przecież nie pisze się głową, tylko pisze się tyłkiem. Wystarczy na nim usiąść, więc po prostu usiadłem)
W tzw. międzyczasie wspólnie jeszcze zahaczyliśmy o Zielonego Koguta a na koniec wsadziliśmy się oboje w taksówki i wróciliśmy do domu.
Przed tym jednak miałem okazję widzieć jak na przystanku pod Kameleonem jeden facet ”poczęstował” kosą drugiego, po brzuchu, zamaszycie, aż krew tryskała.
