Kap z Ryanem zaproponowali spędzić weekend w Pradze. Sami zadbali o wynajem auta i znalezienie miejsc do spania. W sobotę (po nieprzespanej nocy no a jakże!) wyjechaliśmy bardzo wcześnie rano. Pogoda była zniechęcająca do jakichkolwiek wyjazdów bliższych czy dalszych, niebo było czarne od chmur…ale nie było odwrotu.
W Pradze sptykaliśmy się z Katrin, narzeczoną Ryan’a która dojechała do nas pociągiem z Lozanny.
W euforii dobrego humoru cała nasza czwórka kupiła sobie identyczne czarne koszulki z napisem „Czech this out!”
Żeby było śmieszniej paradowaliśmy w nich po centrum jak rasowi turyści.
W tym samym obciachowym wdzianku zjedliśmy kolacje w Taj Mahal.
Nigdy przedtem nie miałem okazji próbować hinduskiej kuchni a Kap strasznie ją zachwalał już w Polsce.
Parę niezapomnianych chwil spędziliśmy w kawiarni LAVKA przy moście Karola, z naprawdę pięknym widokiem na panoramę miasta. Spadła tam na nas chmara robaków, ciem i komarów, które utkwiły przez noc uśpione pod zwiniętą markizą. Zbliżał się kolejny wieczór, kelner chciał rozłożyć markizę i wtedy wszystkie te paskudztwa zaczęły odpadać i wpadać wszystkim do talerzy i szklanek.
W Pradze jest teraz dużo turystów, zwłaszcza Brytyjczyków łażących bandami gotowych w każdej chwili do mordobicia, skośnookich i… Murzynów naciągających ludzi na każdym kroku.
W ogóle ceny też jakby poszły w górę.
Niedzielę spędziliśmy już bardzo leniwie pływając statkiem po Wełtawie i łażąc bez celu po Hradczanach.
Nie zapomnę widoku Ryana próbującego wcisnąć swoje grube tłuste dupsko w spodnie o trzy numery za małym rozmiarze.
Wracając do Polski chciałem koniecznie zaprosić chłopaków na lunch do dobrej przydrożnej knajpy. Kiedyś tato pokazał mi jedno fajne miejsce gdzie serwują wyśmienite ryby z grilla. Myslę, że chłopakom się spodobało – zwłaszcza ze Ryan poprosił o dokładkę.
