salsa night fever

Na kilka dni przyleciał do Polski Kap. Lowendal wysłał go z kolejną misją specjalna do naszej firmy. W tzw. międzyczasie urodził się pomysł zorganizowania imprezy integracyjnej dla nowo zatrudnionych osób. Tym razem można było przyjść z osobami towarzyszącymi, więc długo się nie zastanawiając, wpisałem się na listę razem z Kapem. Już po godzinie odbierałem telefony z HR czy aby na pewno jestem świadom, kogo zapraszam i czy biorę za to pełną odpowiedzialność. Kap wyrobił sobie w firmie etykietkę „gościa, który robi oborę”, typowego angielskiego trouble makera, który lubi wypić, spalić jointa i wywołać sensacje wszędzie tam gdzie się tylko pojawi.
Do Fanklubu ściągnęliśmy Jose Torresa z całym zespołem. Szefowa była jakiś czas temu na zorganizowanym przez niego przyjęciu i bardzo sobie chwaliła. Dziewczyny w pracy wydawały się być bardzo podekscytowane perspektywą zorganizowania nocy pod znakiem salsy. Jako współorganizator czułem się bardzo odpowiedzialny za wszystko i praktycznie nie bawiłem się do północy: chodziłem, doglądałem, zabawiałem rozmowa nieustannie przybywających do lokalu gości. Fajne jest to uczucie, kiedy gdziekolwiek się człowiek nie podejdzie jest ktoś z kim można pogadać i kogo się zna. Kap zachowywał się przyzwoicie choć nie żałował sobie niczego – załapałem się przy nim na kilka z rzędu kolejek kamikaze…
„Sława” Kapa dotarła nawet do Fanklubu – jeden z managerów klubu (mniam…) rozpoznał w nim swojego dawnego klienta, gościa hotelowego z Radissona. Kap żartował, że czuje się we wrocławskich klubach nie gorzej niż w Londynie gdzie też jest rozpoznawany, bo często daje upust swojej ekspresyjnej osobowości.
Gromkim śmiechem przywitaliśmy Rokita, który pojawił się jak gdyby nigdy nic w tym samym ubraniu, w którym przyszedł rano do biura. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie olbrzymia, wypalona od żelazka żółta plama na ramieniu jego białej koszuli. Rano w pracy nikt nie śmiał mu powiedzieć w oczy, że taki strój nie jest ok i że wygląda zabawnie…
Wyszedłem stamtąd przed piątą, wracałem prawie na rzęsach. Na szczęście Kap pozwolił przespać mi się u niego w hotelu.
Najlepsza scena wieczoru? Kama – w kusej spódniczce, obcisłym topie, rajstopkach burdelówkach, w ostrym makijażu i z lizakiem w buzi… zwłaszcza wtedy, gdy zaliczyła leszcza potykając się o podest. Na szczęście zamortyzowały ją obfite piersi…

Nieznane's awatar

About saberblog

Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba. Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze? Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier. Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami. Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę. A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem. I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Brak kategorii i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz