Frankfurt – dzień 4

Wstałem rano i po śniadaniu poszedłem prosto do biura.
Dzień wcześniej zarezerwowałem sobie sale konferencyjna by moc na spokojnie przejrzeć zgromadzone materiały i powoli zacząć przygotowywać prezentacje.

Moja koleżanka, na której spoczywa w dużej mierze odpowiedzialność za powodzenie projektu wyprowadziła mnie z równowagi jeszcze przed południem. Zacząłem się wkurwiać gdy na zadane pytanie usłyszałem: ja nie wiem, chyba, może, zobaczymy, nie pamiętam, trudno powiedzieć… Musiałem wyjść i pójść zapalić by dać upust frustracji.

Jak ja mam pracować z tak niekonkretna cipa?!

Hindusi zaprosili mnie do siebie na kolacje. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to ich gościnność – najpierw pozwalali częstować się innym nim sami nałożyli sobie jedzenia na talerz. Dharmesh miał w swoim pokoju hotelowym aneks kuchenny i razem z dziewczynami przygotowywali całość potraw. Wszystko bazowało na ryżu…
Przyszedłem do niego głodny, bo po wyjściu z biura nie jadłem niczego. Zobaczyłem pełne garnki ugotowanego ryżu i mnóstwo indyjskich specjałów… Zapowiadała się całkiem egzotyczna uczta, ale tylko do pewnego momentu…
Po ugotowaniu ryżu Narasimhan całość przesypała do …zlewu w łazience…
Tego samego, w którym Dharmesh mył rano zęby, nad którym się golił, czesał, może i smarkał charkał, mył ręce i bóg wie co jeszcze robił.
Stamtąd łyżką nakładała każdemu jego porcję.
Na sam widok żołądek skręcił mi się w trąbkę. Nie byłem w stanie niczego przełknąć ani nawet wziąć do ust. Potem zobaczyłem wszystkich jedzących te wszystkie specjały palcami i już zupełnie straciłem apetyt…

Informacje o saberblog

sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, w czepku urodzony, z poukładanymi priorytetami, który podąża za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo w ten sposób obserwuję siebie i całą resztę. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym. To bardzo przyjemne uczucie, zrobić w życiu coś dla siebie, wbrew temu co mówią inni, co wypada, co należy albo trzeba. Czasem mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracować, dopiero co wyemigrował z Polski, rzucił pracę, wyruszył w podróż dokoła świata, odwiedził ponad 90 krajów. Innym razem łapię się za głowę, ile to już lat minęło, ile po drodze się wydarzyło. Czas jest fajną materią, taką bezkresną i niedotykalną. Fajnie obserwować emocje swoje i innych. Elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę systematycznie – to jedna z niewielu rzeczy, które w życiu robie naprawdę regularnie, bo zwykle na bakier u mnie z obowiązkowością. Czasem wracam do spraw np. sprzed roku i okazuje się, że gdy patrzę na tamten czas choćby z perspektywy dwunastu miesięcy, widzę, że był on naprawdę wypełniony. Myślę że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi życiowego „pionu”. A tak zawsze mogę spojrzeć na przeszłość z dystansu i zobaczyć czy udało mi się zrealizować swój zamierzony plan, zweryfikować gdzie popełniłem błędy albo po prostu pamiętać o tych wszystkich miłych wydarzeniach, których byłem uczestnikiem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii podroze, praca i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Frankfurt – dzień 4

  1. madi pisze:

    cipa cipą pozostanie:)
    policz do 10 ciu i wyszczerz zęby do cipy:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s