Z przyjemnością patrzę jak układa się w życiu osobistym przyjaciołom i najbliższym znajomym. Miło jest patrzeć na ludzi szczęśliwych, zadowolonych, realizujących się nie tylko w pracy, ale też w byciu w związku z drugim człowiekiem. Jakoś nie myślę wtedy o tym, że mogłaby mnie spotkać taką miłość, wszystko widzę inaczej, nie jestem z tej bajki. Lubię patrzeć, przyglądać się z boku, kiedy się sprzeczają, jak w pół słowa się rozumieją, odgadują swe myśli i nastroje, jak zmieniają się żyjąc z kimś drugim.
Niektórzy dorobili się już dzieci. Ale u mnie nic pod tym względem się nie zmieniło. Zatrzymałem się na etapie fascynacji robieniem dzieci. Dzieci lubię, ale cudze…
Zbyt długo zaniedbywałem towarzysko swoich przyjaciół, trochę z powodu pracy i złego humoru, który w związku z nią mi towarzyszył, trochę z lenistwa, po części z powodu łajdaczenia się.
Sporo kolegów powyjeżdżało albo urwały się nam kontakty. Mogę niby się napiąć, zorganizować coś ekstra, paść na kolana, uderzyć w wysokie tony, że muszę, bo mi zależy, że ten czy tamten to ten jedyny. Mogę i czasem tak robię, ale potem zaraz palę za sobą kontakt. Taka ostateczność. Potem można zacząć wszystko od nowa. Wszystko można systematycznie, bez pospiechu zaplanować. Niby poco robić rzeczy na wariata.
Czasami głuszenie facetów przychodzi zbyt łatwo.
Czasem mam za dużo kolegów, którym wiszę kawę, piwo, kolacje i noce.
Prędzej czy później przychodzi ta sama myśl: Nie, nie pozwolę wypasać mojego konika na takiej łączce.
W większości przypadków sprawdza się metoda szybkich powrotów do łóżka. Znam jednak kilka osobników, którym za mało jest dwa razy wieczorem i dwa razy rano – wtedy nic tylko zniknąć.
Niektórym zdaje się widzieć kwintesencję dobrego smaku.
Nie dostrzegają zupełnie braku pakietu moralnego.
