Na święta do Wrocławia zajechał R, kiedyś aktor teraz stripteaser w klubie go-go w Londynie. Najpierw zadzwonił, potem niespodziewanie wpadł do biura wywołując swoim strojem niezdrową ciekawość współpracowników. W malej sali konferencyjnej opowiedzieliśmy sobie wszystko, co można było opowiedzieć przez niecałe 30 minut, bo na więcej czasu nie miałem. R. obiecał zastanowić się nad przedłużeniem swojego pobytu we Wrocławiu o jeden dzień dłużej.
Jestem świnią – wiem o tym – ale chciałem przekonać się ja to jest, kiedy ktoś taki zwróci na mnie swoja uwagę.
W sobotę dałem się wyciągnąć na drinka do Blue Jeans Baru a potem na balety do kurewnika. Byłem wstawiony i nie dałem mu się dwa razy namawiać. Przystałem równie chętnie, co półświadomie na pomysł z tańcami godowymi, szoł na parkiecie i parę innych ekscesów włącznie z bardzo skutecznym ignorowaniem obecności M vel bambo.
Ponad rok temu zaczął się tamten romans. Rozpoczął się od wariackiego zadurzenia, urzekła mnie cielesność i prawie czarna skóra.
Jego obecność zmieniła warunki mojej egzystencji i tak on jak i ja z każdym kolejnym dniem z przygnębieniem stwierdzaliśmy, że w ogóle do siebie nie pasujemy. Opętani niepokojem, baliśmy się urazić jeden drugiego i być dla siebie ciężarem. Był starszy, przystojny, zamyślony, małomówny i wyglądało na to, że bał się wzbudzić moje niezadowolenie, jego stosunek nabierał do mnie jakiegoś przewrażliwionego poszanowania.
W zeszłym roku w święta nastąpiło rozstanie.
Na krótko.
Potem cała sprawa stawała się bardziej mroczna, nasze stosunki polegały na wzajemnym wykorzystywaniu się a moja rolę opiekuna podkopywała chorobliwą nadopiekuńczość. Zdawałem sobie sprawę, że mógłby z czasem stać się zabawką i niewolnikiem, ledwie świadomy swego poniżenia, które w równym stopniu podniecało mnie, co osłabiało moja pozycję.
Seks nabrał niemal oczyszczającego charakteru, jakby po wielu godzinach bezczynności i schodzenia sobie z drogi mogliśmy unicestwić nasze niewypowiedziane lęki w gwałtownym, niemym działaniu. Seks zaczął usprawiedliwiać jego obecność w moim domu, potwierdzał że nie byliśmy dwójką obcych sobie ludzi, którzy przez przypadek spotkali się i skazani byli na bycie razem.
