Decydując się na wyjazd zagranicę myślałem, że wpłynie on diametralnie na mój dotychczasowy styl życia. W związku z tym że nie znam języka znacznie trudniej będzie mi poznać kogoś z tzw. branży. Przez pierwsze dwa tygodnie żyłem w ogromnym stresie, więc nie w głowie były mi amory. Mój popęd seksualny jakby przechodził fazę utajenia.
W trzecim tygodniu jakby cos „puściło” i rozbudził się we mnie dawny „diabełek”.
Zacząłem rozglądać się za alternatywnymi sposobami spędzania wolnych weekendów, wyobrażałem sobie, że poznam atrakcyjnego, chętnego i mówiącego po angielsku Szwajcara, z którym będę mógł spotykać się od czasu do czasu, ale niestety bez większego skutku…
Trafiłem za to na Włocha który ni w ząb nie mówił po angielsku, za to nasze spotkanie potoczyło się według dobrze znanego mi scenariusza – z korzyścią dla obu stron bo jego mina zdawała się potwierdzać moje przypuszczenie, że było „wunderbar”. Nie doceniłem widać odpowiednio natury człowieka i języka ciała…
Kultywując obyczaj poznawanie „obcych języków” na kolejna randkę umówiłem się z Brazylijczykiem. Przyjechał pociągiem z Bazylei, osobiście odebrałem go z dworca i zaprosiłem do siebie.
Nim na dobre nastąpiła fizyczna reakcja ciała na erotyczne symulacje wypiliśmy lampkę czerwonego wina i przez pewien czas uskutecznialiśmy intelektualne dyskusje.
Po głównej części artystycznej, obkupionej wysiłkiem fizycznym, obaj zgodnie poczuliśmy inny rodzaj głodu i wylądowaliśmy u włocha na kolacji.
Tak sobie myślę – jakby się tutaj odpowiednio ustawić to można mieć tutaj raj…
