Nie spałem, bo się nie dało, dopiero nad ranem zrobiłem się jakiś senny i chwilę pokimałem. Poszedłem do swojej mini łazienki w swoim mini pokoju by wziąć prysznic a tu dupa. Bateria jest, termostat jest ale, brodzika za to nie dali. A za pokój zapłaciłem już wczoraj…
Ochlapałem się wiec trochę, wskoczyłem w czyste ciuchy i już brałem się do wyjścia z zamiarem ‚upolowania’ czegoś na śniadanie jak się okazało, że nie wyjdę, bo na korytarzu nie ma jak przejść, wszędzie śpią tutaj jacyś ludzie i nawet jakbym się postarał to przecież nie przelecę… Musiałem poczekać aż korytarz opustoszeje, żeby dostać się do windy. Na dole czekał już na mnie zupełnie inny świat. Poszedłem w kierunku portu, zobaczyć Aleję Gwiazd, na której jedyne kogo rozpoznałem to Bruce’a Lee i Jackie Chana. Usiadłem przy promenadzie, zamówiłem kawę i muffina i tak najzwyczajniej w świecie siedziałem obserwując, co dzieje się wokół.
Zrobiłem sobie wycieczkę do Muzeum Sztuki, potem zakupy w Tsim Sha Tsui, na lunch wybrałem Delcacatessen gdzie zamówiłem na Wiener sznycla z frytkami i dobre niemieckie piwo. Nie przychodzi mi łatwo zdecydować się na lokalna kuchnie, oglądając martwe, grillowane kurczaki i kaczki, na dodatek z głowami robi mi się niedobrze i jeszcze te wydobywające się z kuchni śmierdząco pachnące opary. Przepłynąłem zatokę z myślą, że zdążę jeszcze załapać się na pokaz iluminacji świetlnych.
Nie wiem skąd wziął się u mnie magnetyzm do tego miejsca, że akurat tutaj mnie przywiodło, zawsze chciałem zobaczyć te metropolię na własne oczy, sama nazwa miasta, kiedy się ja wymawiam wydają się być mocno egzotyczna. Mam już plan na następne dni, chcę zobaczyć tyle na ile starczy mi czasu i sił..

czekam na kartke:)