Szefowa wciąż mnie wkurza, ale w tym tygodniu łatwiej jest mi się z tym pogodzić, nie robię sobie z nic z jej głupawych uwag i charakterystycznego tonu wypowiedzi „you should…” „but why dont you…” „why makes you think…” – wciąż trzymam nerwy na wodzy a jak wydaje mi się że zaraz chyba ją puknę myślę o tym, że taki już urok mojej pracy. Ten tydzień jest jej ostatnim przed urlopem i wyjazdem na narty. Na dodatek wczoraj załapałem się na całodniowe szkolenie z zarządzania konfliktem, które wydało mi się być nie dość, że bardzo na czasie to jeszcze poza biurem. Amerykanka, które je prowadziła wywarła na mnie niesamowicie pozytywne wrażenie, poza tym ludzie którzy wzięli udział w tym spotkaniu pochodzili ze skrajnie odmiennych kultur i to sprawiło, że cały trening był bardzo pouczający dla wszystkich uczestników. W czasie jego trwania złapałem się na myśli, że właśnie dla takich możliwości warto było podjąć ryzyko pracy zagranicą.
Rzadko się zdarza by jakiś Amerykanin miał dystans do siebie, amerykańskiej kultury i typowego amerykańskiego stylu życia.
Dziś za to pojawił sie długo oczekiwany pan z banku z Londynu, żeby przeszkolić mnie z obsługi aplikacji. Przy przedstawieniu się iskrzyło, w trakcie szkolenia nie przestawaliśmy sie uśmiechać, w czasie przerw zamieniliśmy ze sobą pare nieformalnych zdań, w ciągu dnia uprzejmościom nie było końca, poszliśmy nawet razem na lunch a na koniec usłyszałem, że gdybym czasem potrzebował technicznego wsparcia to dzwonic mam od razu bezpośrednio do niego, na prywatną komórke i że liczy, że za kilka tygodni spotkamy sie znowu, w Londynie.
Odkąd D zaczęła wypytywać o moje postępy w nauce języka niemieckiego postanowiłem wziąć udział w kursie dla obcokrajowców. Łatwiej przyszło mi się do tego zmobilizować odkąd w poniedziałki mogę wyjść wcześniej z pracy.
A dla samego siebie zapisałem sie na konwersacje z włoskiego. Amore przestało sie przejmować czy mówię poprawnie gramatycznie bo dla niego ważne jest, że mnie rozumie i że wszystkie moje błędy i przejęzyczenia wydają się być bardzo sexy albo wywołują u niego salwy trudnego do powstrzymania śmiechu.
Moje amore złapało jakąś grypę i przez kilka dni parskało i prychało. Przez ta jego chorobę nie mialem ochoty na żadne bara-bara, bo nie chciałem sie zarazić. Amore było z tego powodu na mnie złe i zdążyliśmy sie o to pokłócić.
Zamówiłem przez internet „Wiatraki Bogów” film, który oglądałem wieki temu, a który jako dziecko utkwił mi w pamięci. Pamiętam o czym wtedy myślałem i teraz, z perspektywy lat przyznałem sam przed sobą, że to się spełniło.
Jutro spotkanie w sprawie kolejnego ważnego projektu a od przyszłego tygodnia zostaje sam i będę samodzielnie prowadził wszystkie zaplanowane w całym tygodniu meetingi.

Hey Dear!
Good to be back…;)
Czesc 🙂 Milo cie widziec znowu 🙂