Berno – dzień 243

Szefowa wciąż mnie wkurza, ale w tym tygodniu łatwiej jest mi się z tym pogodzić, nie robię sobie z nic z jej głupawych uwag i charakterystycznego tonu wypowiedzi „you should…” „but why dont you…” „why makes you think…” – wciąż trzymam nerwy na wodzy a jak wydaje mi się że zaraz chyba ją puknę myślę o tym, że taki już urok mojej pracy. Ten tydzień jest jej ostatnim przed urlopem i wyjazdem na narty. Na dodatek wczoraj załapałem się na całodniowe szkolenie z zarządzania konfliktem, które wydało mi się być nie dość, że bardzo na czasie to jeszcze poza biurem. Amerykanka, które je prowadziła wywarła na mnie niesamowicie pozytywne wrażenie, poza tym ludzie którzy wzięli udział w tym spotkaniu pochodzili ze skrajnie odmiennych kultur i to sprawiło, że cały trening był bardzo pouczający dla wszystkich uczestników. W czasie jego trwania złapałem się na myśli, że właśnie dla takich możliwości warto było podjąć ryzyko pracy zagranicą.
Rzadko się zdarza by jakiś Amerykanin miał dystans do siebie, amerykańskiej kultury i typowego amerykańskiego stylu życia.

Dziś za to pojawił sie długo oczekiwany pan z banku z Londynu, żeby przeszkolić mnie z obsługi aplikacji. Przy przedstawieniu się iskrzyło, w trakcie szkolenia nie przestawaliśmy sie uśmiechać, w czasie przerw zamieniliśmy ze sobą pare nieformalnych zdań, w ciągu dnia uprzejmościom nie było końca, poszliśmy nawet razem na lunch a na koniec usłyszałem, że gdybym czasem potrzebował technicznego wsparcia to dzwonic mam od razu bezpośrednio do niego, na prywatną komórke i że liczy, że za kilka tygodni spotkamy sie znowu, w Londynie. 

Odkąd D zaczęła wypytywać o moje postępy w nauce języka niemieckiego postanowiłem wziąć udział w kursie dla obcokrajowców. Łatwiej przyszło mi się do tego zmobilizować odkąd w poniedziałki mogę wyjść wcześniej z pracy.
A dla samego siebie zapisałem sie na konwersacje z włoskiego. Amore przestało sie przejmować czy mówię poprawnie gramatycznie bo dla niego ważne jest, że mnie rozumie i że wszystkie moje błędy i przejęzyczenia wydają się być bardzo sexy albo wywołują u niego salwy trudnego do powstrzymania śmiechu.    

Moje amore złapało jakąś grypę i przez kilka dni parskało i prychało. Przez ta jego chorobę nie mialem ochoty na żadne bara-bara, bo nie chciałem sie zarazić. Amore było z tego powodu na mnie złe i zdążyliśmy sie o to pokłócić.

Zamówiłem przez internet „Wiatraki Bogów” film, który oglądałem wieki temu, a który jako dziecko utkwił mi w pamięci. Pamiętam o czym wtedy myślałem i teraz, z perspektywy lat przyznałem sam przed sobą, że to się spełniło.

Jutro spotkanie w sprawie kolejnego ważnego projektu a od przyszłego tygodnia zostaje sam i będę samodzielnie prowadził wszystkie zaplanowane w całym tygodniu meetingi.

Nieznane's awatar

About saberblog

Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba. Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze? Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier. Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami. Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę. A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem. I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

1 Response to Berno – dzień 243

  1. Nieznane's awatar vanilasta pisze:

    Hey Dear!

    Good to be back…;)

    Czesc 🙂 Milo cie widziec znowu 🙂

Dodaj komentarz