Berno – dzień 511

Ci, którzy zaglądają tutaj pewnie zauważyli, że na moim blogu nie ma linków.
Nie oznacza to, że nie czytam innych blogów – faktycznie zaglądam regularnie do kilku.
Przez lata nauczyłem się jak skutecznie chronić swoją prywatność i nie wystawiać się zbytnio na publiczny widok albo, jak kto jest w moim przypadku publiczną chłostę…
Zaledwie kilku osobom udało się skłonić mnie do przełamania tej zasady, z czasem poznałem innych blogowiczów, z którymi połączyła mnie większa lub mniejsza zażyłość, bo nie ukrywając niczego byli i tacy, którzy zdołali „wspiąć się też na moja trąbę”…
Ryzykowna gra w niebezpieczne związki potrafiła być mocno ekscytującym doświadczeniem.
Wszystkie te znajomości spina jednak wspólny wyznacznik, granica, której nie wolno mi przekroczyć, która odróżnia je od innych branżowych układów: nigdy wie wolno mi potraktować tych znajomości jakby się w coś wdepnęło, bo wierze, że nic nie zdarza się przypadkiem.
Nie jestem święty, nie zawsze postępuje uczciwie, robię rzeczy niemoralne, które zasługują jedynie na ostrą krytykę, świadomie przekraczam granice, jestem nielojalny, kłamię, krzywdzę bliskich i… liczę się z konsekwencjami.
Nie decyduje się opisać tego wszystkiego tutaj wprost, bo publiczny ekshibicjonizm choć nadający życiu „pieprzny” smaczek na dłuższą metę ściąga wyłącznie kłopoty, a ludzie nie zawsze potrzebują znać prawdę.
Wspominając przeszłość, dawne czasy i emocje, pamiętam jakby wszystko zdarzyło się wczoraj.
Jak ludzie wokół mnie śmiali się, dzieci cieszyły się śniegiem, na jezdni był normalny ruch, jak wszystko było niby w porządku. Jak nikt nie zdawał sobie wtedy sprawy, nikogo nie obchodził fakt, że właśnie kogoś straciłem, nikt nie rozumiał, jak bardzo cierpiałem. Powinno być im przykro, powinni mi współczuć, solidaryzować się z człowiekiem, którego serce krwawiło z miłości, ale oni się śmiali, zanurzeni po uszy w tej swojej malej, nędznej egzystencji od weekendu do weekendu.
Kiedy porzucają cię ci, których kochasz lepiej jest cierpieć i lizać rany w samotności. Wszystko wydaje się być wtedy żałosne. Najpierw myśli zaczynają obsesyjnie krążyć wokół niego, stajesz się okropnie zgorzkniały, irytujesz przyjaciół swoim wiecznym narzekaniem, że zostałeś porzucony. Za wszelką cenę próbujesz zrozumieć, co się stało, dniami i nocami rozpamiętujesz wszystkie spędzone z nim chwile. W końcu dochodzisz do wniosku, że to on był dla ciebie niedobry, choć ty zawsze dawałeś z siebie wszystko, co najlepsze. Zaczynasz umawiać się na randki, widzisz go w każdym mijanym mężczyźnie na ulicy i zadręczasz się dzień i noc, noc i dzień. To może trwać tygodniami, miesiącami, miesiącami a nawet przez rok. Aż któregoś dnia budzisz się i już o nim nie myślisz – wtedy rozumiesz, że najgorsze minęło. Serce masz zranione, ale pozbierasz się i znowu życie zaczyna być piękne. Bo tak już jest i tak już będzie, na pewno. Kiedy ktoś odchodzi, ktoś inny zajmuje jego miejsce – spotyka się nową miłość.

Nieznane's awatar

About saberblog

Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba. Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze? Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier. Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami. Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę. A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem. I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz