Pekin 2.5

Michelle powoli zaczyna działać nam na nerwy. M. na sam tylko jej widok dostaje białej gorączki, choć wcale jej nie rozumie, irytują go sama jej obecność i wydobywające się z niej dźwięki. Chodzi zmęczony, jeży się na to wszystko i dzień mu się przykrzy.
Michelle jest bezpośrednia i bardzo kategoryczna w swoich opiniach, co nie przysparza jej uroku, ponadto lubi liczyć pieniądze tyle że nie swoje. Początkowo próbowałem jej bronić tłumacząc M. że istnieje typ osób z zaburzeniami obsesyjno-kompulsywnymi. Wczoraj jednak pod Świątynią Nieba „podliczyła” nas i nasz wyjazd: bilety za samolot, hotel, wycieczki, M. usłyszał ile wydał na buty, kurtkę, okulary i markową torbę a ja dowiedziałem się ile kosztował mój zegarek. Potem uświadomiła mnie, ile muszę zarabiać i jak ona wydałaby te pieniądze. Po prostu trafiła się nam jakaś wariatka.

Spacerując po mieście, co chwilę słyszymy charakterystyczne charknięcie i splunięcie. Szczególnie niekomfortowy jest to dźwięk, gdy słyszy się go za plecami. Nie mogę przestać prosić M. żeby sprawdził czy nie mam czegoś z tyłu kurtki albo na rękawie. No cóż, taka już to jest melodia chińskiej ulicy. Można by rzec – akompaniament chińskiej codzienności. Plują wszyscy i wszędzie, mężczyźni, kobiety, ludzie starsi i dzieci. Wszyscy plują na ulicy, prosto pod nogi przechodniów, do koszy na śmieci, w taksówce przez okno, do doniczek ze sztucznymi chabaziem. Opróżnianie gardzieli odbywa się głośno i spektakularnie, jakby były to zawody sportowe o Puchar Kontynentu kto więcej i głośniej.

Wielu mężczyzn w Chinach na potęgę pali papierosy. Wszędzie i do wszystkiego. Nawet posiłek potrafią jeść, śmigając pałeczkami na przemian z papierosem. Wszelkie zakazy palenia są oczywiście ignorowane.
Michelle zaprowadziła nas do lokalnej jadłodajni i pomogła nam zamówić w miarę bezpieczne jedzenie, polubiłem gotowane na parze pierogi z mięsem albo warzywami i jakby pyzy ryżowe z różnego rodzaju farszem. Czasami serwowano nam menu po angielsku, ale zauważyłem że ceny prawie zawsze były w nich wyższe od tych w menu po chińsku, więc albo zdawaliśmy się na obrazki albo niekulturalne za to praktyczne pokazywanie palcem na dania, które jedli nasi sąsiedzi i zawsze wychodziliśmy na tym najlepiej, choć nie mam pewności co właściwie czasem jedliśmy. Przed wyruszeniem do Chin, byliśmy już nauczeni posługiwaniem się pałeczkami. Wraz z chińską porcelanową łyżką, były to często jedyne przyrządy do jedzenia dostępne w czasie posiłków.
Kultura stołowania to oczywiście mlaskania i siorbanie, wciąganie makaronu z gorącego kubka, lub zasysanie z puszki przez słomkę. Do tego dochodzi jeszcze wysysanie resztek jedzenia ze szpar pomiędzy zębami przy jednoczesnym dłubaniu wykałaczką. A trwa to całą wieczność.

 

Nieznane's awatar

About saberblog

Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba. Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze? Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier. Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami. Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę. A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem. I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii podróże i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz