1. listopada zastał mnie w tym roku daleko od domu. Nie Singapur, nie Tajlandia i nie groby najbliższych były mi w głowie, z wynajętym przewodnikiem wybrałem się na cały dzień do Brunei. Dla mnie to taki mały, bardzo bogaty, ociekający zlotem pochodzącym z ropy naftowej sułtanat, rządzony twardą ręką przez swego pana.
Z Miri autem jechaliśmy prawie 3 godziny po drodze mijając szyby naftowej, puste nieużytki a czasem piękne ogromne wille. Sułtana czci się tutaj jak władcę absolutnego, słychać to w wypowiedziach lokalnych ludzi wyrażających się o nim per his majesty albo his highness.
Spodziewamy się przepychu i bogactwa już na granicy. Brunei włada sułtan Bolkiah jeden z najbogatszych ludzi świata. Przejście graniczne mieści się jednak w skromnym baraku. Kobieta w mundurze i chustce na głowie wbija mi do paszportu pieczątkę upoważniającą do pobytu w Brunei przez 30 dni. Żeby legalnie móc wwieźć alkohol trzeba podstemplować jakąś żółtą kartkę, bo w kraju obowiązuje całkowita prohibicja, jedynie turyści mogą wwozić mocny alkoholu. Oficjalną i ściśle przestrzeganą religią jest islam. Zewnętrznym tego objawem są liczne meczety, chusty na głowach kobiet i zakaz sprzedaży alkoholu.
Do stolicy Bandar Seri Begawan jedziemy dwupasmową autostradą, 100 km pokonujemy w 2 godziny. Za oknem nie widać zabudowań, tylko różne odcienie zieleni, większą powierzchnię kraju zajmują wilgotne lasy równikowe, których nie wolno eksploatować. Wybrzeża porastają lasy mangrowe, gdzie żyją małpy z długimi, mięsistymi nosami. Nie widać riksz, skuterów tuk tuków czy rowerów tak charakterystycznych w krajach azjatyckich. Miasto wygląda skromnie. Poza dwoma pięknymi meczetami i paroma centrami handlowymi o imponującej architekturze, kapiącymi od złota, nic nie rzuca się w oczy. Wręcz przeciwnie w centrum zaskakują czasami rozsypujące się elewacje domów, dziurawe ulice i chodniki, sterty śmieci na skwerach. W Brunei nie ma taksówek, bo każdy ma własne auto, państwo dofinansuje także mieszkania i domy, edukacje i opiekę zdrowotną.
Śnieżnobiały meczet sułtana Saifuddiena to symbol Brunei. Kopuła głównego budynku pokryta kilkoma milionami złotych płytek błyszczy w słońcu. Na sztucznej lagunie przed meczetem cumuje kamienna, bogato zdobiona kopia ceremonialnej łodzi królewskiej. Widok jak z bajki.
Drugi największy w kraju meczet poświęcony jest aktualnemu władcy. I jego kopuła inkrustowana jest 24 karatowym złotem. Ruchomych schodów prowadzących na piętro do głównej sali modlitewnej używa tylko sułtan i jego rodzina. Podłogi w meczecie są bardzo czyste, po salach chodziłem w białych skarpetkach, które po wyjściu pozostały nieskazitelnie białe. Na każdym kroku widać tradycję i religię, ale też nowoczesność: nowocześnie urządzone przestronne pomieszczenia, brak przepychu, klimatyzowane sale z najnowszymi zdobyczami techniki – sułtan nie żałuje pieniędzy i za to właśnie wszyscy go tutaj czczą. Ogólnie miasto jest bardzo czyste, pozostaje pod dużym wpływem religii islamskiej i nigdzie prócz hoteli nie można kupić nawet piwa. Ulice, place, pomniki, szkoły, szpitale niosą nazwę kogoś z rodziny Bolkiah. Wszędzie mnóstwo intensywnej soczystej bujnej zieleni.
Na drugim brzegu przecinającej stolice rzeki rozciąga się dzielnica Kampung Ayer – skupisko stojących na palach w wodzie domów. Do Kampung Ayer płyniemy z centrum motorówką. Wychodzimy na drewniany, chybotliwy pomost, którego liczne odgałęzienia tworzą sieć chodników. Przy nich parterowe, zbudowane z byle czego domki, pokryte spadzistymi dachami z bambusa lub trzciny. Przeraża widok rozpadających się budynków i odór unoszących się na wodzie śmieci. Sułtan postanowił uczynić z wioski żywy skansen.
W najciekawszym Muzeum Regaliów można obejrzeć m.in. rydwan, którym dawniej sułtan podróżował po kraju ciągnięty przez poddanych. Na znak szacunku dla jego regaliów i tutaj każą mi zdjąć buty – jest to obowiązkowe i ściśle egzekwowane przez strażników muzealnych.
Kolejną atrakcją to pałac sułtana – Istana Nurul Iman – niestety oglądam go tylko z zewnątrz, bo można go zwiedzać tylko przez trzy dni w roku, pod koniec ramadanu. Przewodnik mówi, że to największy pałac na świecie – ma 1800 pokoi i salę balową na 4 tys. osób. W pałacu mieszka ośmioosobowa rodzina sułtana i 600 służących. Otacza go wspaniały park widoczny tylko z drugiego brzegu rzeki. Sułtan podobno żyje w niewyobrażalnym przepychu, pośród złotych klamek i spłuczek w toaletach, cennych obić, klimatyzowanych stajni i garaży z setkami aut robionych na indywidualne zamówienie. Jego dom to Disneyland dla dorosłych tyle, że na jawie. Mam nadzieje, że jest szczęśliwy.

a myslałem, ze sułtani już tylko w bajkach są 🙂
wow!
super! jak bylem maly lubilem czytac Basnie 1000-ca i jednej nocy 🙂 Ajak mialem 18-ste urodziny to dostalem taka ksiazke 🙂 Uwielbiam takie klimaty (w tym rowniez przepych 🙂
Swietna wyprawa…
a takie tutaj pytanie mam poza konkursem…. czy Ty przypadkiem nie jestes synem Tonyego Halika ? 🙂
to sie ciesze ale nie, na pewno nie, raczej blizej mi do syna Nico Siffredi
…. jestem pewien ze podpisalem sie NiteCowboy, a nie „wow”….. hmmmm
cowboy czy wow wiedzialemz e to TY:)