Women dont share their emotions so that men can fix them

W drodze do Bostonu a potem i Waszyngtonu oboje spaliśmy jak susły. Po pierwsze pora wyjazdu była zabójczo wczesna a po drugie maraton, który sobie zapodaliśmy w Kanadzie i Nowym Jorku sprawił, że cierpliśmy na permanentne niedospanie.

Zobaczyliśmy kampus jednego z najstarszych amerykańskich uniwersytetów – Harvarda. Malownicze Cambridge sprawiło, że parokrotnie złapałem się na myśli jak fajnie byłoby móc tu w przeszłości studiować, choć z drugiej strony presja tego miejsca, ciągła rywalizacja o status społeczny o to, kto ma ile i kim są czyiś rodzice przybiera tutaj postać ekstremalną a takie wynaturzenie wcale mnie nie kręci. Pewnie moje kompleksy…

Miłe uczucie wrócić do Bostonu po latach. Zobaczyć jak kwiat amerykańskie młodzieży dba o swój rozwój psychofizyczny. Obowiązkowo na lunch zaserwowałem sobie clam chowder, by potem leniwie spędzić czas włócząc się po Quincy Market i Freedom Trail.

Boston to brama do Nowej Anglii i mnóstwo pięknych pozytywnych wspomnień. Długo nie chciałem tam wracać w obawie, że zobaczę jak wiele rzeczy zdążyło się tam pozmieniać, z resztą tamtych ludzi i tak już nie spotkam…
Waszyngton nie przypomina innych amerykańskich miast, jest względnie mały, ma niską zabudowę i w ogóle nie widać tam ludzi.

Zwiedzać całe na piechotę jest jednak trudno, bo miasto jest odpowiednio wielkie, a odległości do pokonania między atrakcjami spore. Stolicę stanowią promieniście odchodzące szerokie arterie, które łączą się w dwóch centralnych miejscach. Jedno z nich to Biały Dom, a drugi to Kapitol. Nie ma tutaj wielkich drapaczy chmur, zgodnie z ustaleniami utrzymuje się tutaj tylko niską zabudowę.
Jeśli ktoś lubi muzea to zachwyci go kompleks Smithsonian Institution, osobiście zaliczyłem jedynie National Air and Space Museum, bo fanem muzealnym nie jestem, a taki np. Lincoln Memorial wydał mi się o niebo ciekawszy. Poza tym przez cały dzień świeciło piękne słońce, więc szkoda było mi zamykać się w starych, klimatyzowanych murach.

Wzgórze kapitolskie i zlokalizowane wokół niego Kapitol, Biblioteka Kongresu i budynek Sądu Najwyższego robią naprawdę imponujące wrażenie. Przejazd Pensylvania Avenue, która symbolicznie i faktycznie łączy wszystko, co najważniejsze w mieście całkowicie zaspokoiły moją ciekawość jako turysty.

Dwa i pół dnia biegania po Nowym Jorku, jak kot z pęcherzem. K. obrała sobie za punkt honoru zobaczenie całej metropolii a tego zrobić się nie da. To była moja szósta albo ósma wizyta w tym mieście i wciąż nie śmiem twierdzić, że znam Big Apple na wylot.

K narzuciła nam ostre tempo, z którym bym sobie poradził gdyby nie nerwowa atmosfera, dąsy fochy oraz ataki agresji, które zupełnie odbierały mi chęć i motywacje dalszego duszenia się we wspólnym towarzystwie. Dwa razy miałem ochotę wykrzyczeć w jej stronę ”fuck you chica, bujaj się sama”, bo nic się nie stało, że nie zobaczyliśmy Muzeum Guggenheima czy Brooklynu. W końcu to nie wyścig…

Niewątpliwą zaletą w wymiarze finansowym podróżowania razem K było to, że nie rozbijałem się często po mieście taksówkami, przeprosiłem się z shuttle busami oraz Subwayami, McDonaldsami i innymi śmieciowymi amerykańskimi jadłodajniami. Zaledwie raz udało mi się namówić ją na lunch w TG Friday’s, który nowojorskim ”Le Cirque” nie jest, gdzie przy każdym kolejnym kawałku kurczaka i liściu sałaty popijanych Long Island Ice Tea słuchałem gadania ile moglibyśmy kupić za to kanapek albo hot-dogów

Kilka dni spędzone ze sobą pozwoliło nam lepiej się poznać i…lekko drążnica okazała się jej maniera ciągłego wychwalania swojej rodziny, rodzeństwa i stylu życia; nieustannie torturowano mnie opowieściami o wyszukanych gustach, dobrym smaku, wynajdowaniu smaczków, luksusach, górnych półkach czy innych perełkach. Jak dla mnie ci, którzy mają klasę, nie muszą nikogo o niej przekonywać. Nasłuchałem się o siostrze, należącej samozwańczo do elitarnego londyńskiego klubu, która baluje i bryluje tylko w najlepszych klubach, mieszka w lepsiejszej dzielnicy, urlop spędza w Biarritz albo na drogich malowniczych wyspach, jeździ na snowboardzie na flagowym, drogim sprzęcie, w stroju równie niszowej bardzo ekskluzywnej marki. Żeby nie zwymiotować od tej słodko pierdzącej papki potakiwałem od czasu do czasu głową albo odwracałem jej uwagę i szybko zmieniałem temat.
Czasami zupełnie się gubię: czy chce uchodzić za snobkę, dzianą panienkę z kasą swoich dzianych rodziców, czy za ekstrawagancką pannę, co to po mimo pieniędzy lubi ubierać się w szmateksach i stołować się w tanich barach, czy pragnie przeprosić wszystkich w koło za zbyt majętnych rodziców? Jakby nie miała pomysłu na samą siebie i nie potrafiła ostatecznie zdecydować czy posiadanie pieniędzy to zaleta czy wada. W konsekwencji przekaz, który wypuszcza w świat jest zafałszowany a facet, który by się nią zainteresował będzie musiał być przypadkiem klinicznym jak ona.
K potrafi być irytująca. Nie wiem czy to desperacja i ciśnienie, by zaimponować drugiej stronie czy jakiś wrodzony kompleks, ale cała otoczka wokół siebie wcale jej nie służy – wydaje się zupełnie niepotrzebna, a ona ma z tym ewidentny problem. Wcale nie dziwi mnie już, że nie może poznać żadnego faceta. Historiami o zaliczonych randkach może karmić ubogie dzieci, a ja wcale bym się nie zdziwił gdyby okazała się 33-letnią dziewicą…

Nie znam się na kobietach, ale nauczyłem się o nich jednego: trzeba pozwolić im mówić i wystarczy byleby je słuchać, kobiety nie zwierzają się ze swoich uczuć innemu facetowi po to, żeby ten próbował je naprawić.
Nasz hotel usytuowany między 48. a 3 Ave stanowił bardzo dogodny punkt wypadowy do pieszych wycieczek po środkowym Manhattanie. Trzy przecznice do 5 Avenue, jedna do Saksa i Rockefeller Center, kilka do Empire, sześć do Grand Central Station, pięć do Times Square, dziesięć do Central Parku.

W hotelowej recepcji przeżyliśmy dziwną sytuację, trafiliśmy na recepcjonistkę z Ukrainy, która najpierw za darmo przeniosła nas do wygodniejszego i większego suitu, by zaraz potem wprawić nas w konsternacje niedwuznacznym komentarzem o Żydach. Nie wiem czemu mnie to w ogóle dotknęło – z jednej strony staram się być poprawny politycznie i jestem wyczulony na wszelkie uprzedzenia rasowe czy wobec mniejszości narodowych, ale z drugiej strony robiąc zakupy w pseudo ekskluzywnym butiku w centrum Montrealu, obsługiwanym przez siedmiu kolorowych sprzedawców nie mogąc doczekać się obsługi sam ich przeklinałem pod nosem, gdy żaden nie raczył ruszyć swojej czarnej dupy. W Ameryce obsługa klienta urosła do rangi religii i takich sytuacji rzadko się doświadcza…

Moje zdjęcie sprzed lat na dachu WTC nabrało wartości historycznej po wydarzeniach z 11. września, teraz w Nowym Jorku, co najwyżej można wjechać na Empire State. Podejścia mieliśmy dwa, ale dopiero w noc przed wyjadę znaleźliśmy czas na tę atrakcję. Rzeczywiście widoki wspaniałe i niezapomniane, centrum Manhattanu wydaje się być bardziej bezpieczne niż kiedyś, praktycznie na każdym kroku spotykaliśmy policjantów albo mijał nas przejeżdżający patrol policji. Przy budynku FOX News i NBC na olbrzymich telebimach trąbili o niefortunnej wypowiedzi Obamy o polskich obozach zagłady.

K niestrudzenie trajkotała o swojej wyjątkowości, podczas gdy ja pochłaniałem bezmiar milionów świateł rozjaśniających nocą Times Square, czułam się jak na olbrzymiej dyskotece, bo wszędzie rozbrzmiewała głośna muzyka. Tłum przelewał się ulicami, samochody stały w korkach, sklepy były ciągle otwarte, a sprzedawcy nie mogli narzekać na brak klientów, mimo iż dochodziła północ. Tu dopiero widać jak Nowy Jork żyje nocą…

Powrót do Europy wydał się niesamowicie krótki, ledwo wystartowaliśmy z JFK, obejrzałem jeden film, podano obiad, przez godzinę próbowałem zmusić się do snu a już lądowaliśmy we Frankfurcie.

W pracy zmiany. Aktualnie zaprzyjaźniam się ze służbowym urządzeniem mobilnym, dostałem iPhona i chodzę teraz na niewidzialnej smyczy. Na razie ku wielkiej uciesze M, co chwilę odkrywam jego nowe możliwości, ciesząc się przy tym jak duże dziecko. Blackberry czy służbowej komórce dosyć długo się opierałem, a teraz wygląda na to że jedyne, co sobie jeszcze odmawiam to fackbook.
We wtorek do Zurychu przyleciała moja koleżanka z działu. Bez wdawania się w szczegóły – nie przepadamy za sobą bo osobiście uważam ją za ignorantkę – ale pracować ze sobą musimy. Na spotkaniu wyznaczonym w siedzibie linii Swiss w Kloten, przyjęli nas bardzo ciepło. L opowiadała o naszym kontrakcie i wszystko byłoby w porządku gdyby podczas negocjacji nie rzuciła tekstu o francuskich, szwajcarskich i brytyjskich… dolarach. Mina dyrektora sprzedaży była bezcenna.
Kolejne zaplanowany weekend przede mną. M zadręczony moimi opowieściami o wrażeniach i wyjątkowości Stambułu w końcu uległ moim namowom i zgodził się polecieć tam w najbliższy weekend. Taki przedsmak przed lipcowym urlopem…

Informacje o saberblog

sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, w czepku urodzony, z poukładanymi priorytetami, który podąża za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo w ten sposób obserwuję siebie i całą resztę. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym. To bardzo przyjemne uczucie, zrobić w życiu coś dla siebie, wbrew temu co mówią inni, co wypada, co należy albo trzeba. Czasem mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracować, dopiero co wyemigrował z Polski, rzucił pracę, wyruszył w podróż dokoła świata, odwiedził ponad 90 krajów. Innym razem łapię się za głowę, ile to już lat minęło, ile po drodze się wydarzyło. Czas jest fajną materią, taką bezkresną i niedotykalną. Fajnie obserwować emocje swoje i innych. Elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę systematycznie – to jedna z niewielu rzeczy, które w życiu robie naprawdę regularnie, bo zwykle na bakier u mnie z obowiązkowością. Czasem wracam do spraw np. sprzed roku i okazuje się, że gdy patrzę na tamten czas choćby z perspektywy dwunastu miesięcy, widzę, że był on naprawdę wypełniony. Myślę że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi życiowego „pionu”. A tak zawsze mogę spojrzeć na przeszłość z dystansu i zobaczyć czy udało mi się zrealizować swój zamierzony plan, zweryfikować gdzie popełniłem błędy albo po prostu pamiętać o tych wszystkich miłych wydarzeniach, których byłem uczestnikiem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii podroze i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Women dont share their emotions so that men can fix them

  1. sotion pisze:

    kurcze- wredny, był pod pomnikiem z Aniołów w Ameryce…aj,aj…

  2. saber--> sotion pisze:

    nawet cos tam krecili, bo sie kazali mi wynosic z kadru…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s