Rano wstaliśmy w bardzo dobrych nastrojach. Zrobiłem nam kawy i przyniosłem ją M do łóżka. Za kilka godzin mieliśmy być w ratuszu, ale wszystko mieliśmy już zaplanowane, jeszcze wczoraj rezerwowaliśmy taksówkę na konkretną godzinę, żeby nie mieć żadnych niespodzianek.
M przyznał mi rację, że dobrze zrobiliśmy rezerwując dla nas olbrzymi apartament z dwoma łazienkami, myślę, że inaczej byśmy się powściekali blokując sobie nawzajem miejsce nad umywalką. Słońce świeciło mocnymi promieniami, było ciepło ale nie upalnie. Nie wiem ile talku w siebie wklepałem, żeby w jednym z najważniejszych momentów w życiu się nie spocić jak świnia, żeby wyglądać świeżo, elegancko i czuć się po prostu komfortowo. Goliłem się 10 minut, żeby tylko się czasem nie podrażnić sobie skóry, bo chciałem wyglądać w punkt. M pomógł zapiąć mi muchę, przed wyjściem po raz ostatni popatrzyliśmy po sobie czy aby na pewno wszystko leży i wygląda jak należy, nie zapomnieliśmy o dokumentach ani o kwiatach w butonierce. Czarnym, eleganckim mercedesem podjechaliśmy pod Urząd Stanu Cywilnego w Lugano na widok, którego ucieszyłem się jak dziecko. Musieliśmy trochę poczekać, bo okazało się że nas ślub był pierwszą uroczystością tego dnia a przygotowania do ceremonii jeszcze trwały. Trudno nazwać to ślubem z pompą, w końcu z naszej rodziny nikt nie przyjechał, ale zupełnie się tym nie przejmowaliśmy, bo dzisiaj liczyliśmy się tylko my. Jak dla mnie moglibyśmy zorganizować tę uroczystość tylko dla nas, bez obecności świadków, w zwykłych strojach, choćby klapkach i spodenkach, nasmarowani olejkiem do opalania, gdzieś na plaży w tropikach.
