W mojej głowie jak w kalejdoskopie z coraz większą regularnością przesuwają się obrazy niespecjalnie udanych dni.
Dawno przyswoiłem sobie, tyleż trywialną, co ułatwiającą życie prawdę, mówiącą o tym, że dni bywają gorsze i lepsze. Problem tkwi w czymś innym, w pustce, która wybrzmiewa we wszystkich tych zdarzeniach i od jakiegoś czasu dopada mnie w najmniej oczekiwanych momentach. Mogę to znieść pod warunkiem, że gdzieś pod spodem tli się poczucie sensu, pod powierzchnią zdarzeń płynie nurt, nadający kierunek życiu. Ten nurt jest albo w zaniku albo wpadł gdzieś na tyle głęboko, w rozpadliny codzienności, że nie potrafię go już poczuć, a bez niego nie potrafię żyć.
Wstaje rano, patrzę w lustro i nie widzę nic, w lustrze odbija się jedynie moja bylejakość.
Tkwię w dziwnym zawieszeniu. Nie wiem co się jeszcze zdarzy, co się może stać, nie wiem co jest dla mnie jeszcze zapisane, ale może już nic? Nie wiem czy coś się odmieni, czy warto radzić sobie jeszcze z takim życiem, czy to w ogóle ma sens? Nie wiem czego chcę, nie wiem jak chciałbym żyć, przez cały czas wiedziałem, ale teraz zupełnie tego nie czuję. Nie mam marzeń, aspiracji, fascynacji, planów, pragnień, motywacji, a przecież teraz mogę być sobą. Niby tak, tylko nie wiem jaki chcę być, bo nie potrafię wyznaczyć sobie jasnego celu. Brakuje mi chęci robienia czegoś ze wszystkich sił, starania się, chciałbym poczuć w sobie moc, złapać wiatr w żagle, chwycić życie w garść, dostrzec nowa pasje, odczuć jakby świat miałby się nigdy nie skończyć.
Świat wypadł mi z rąk i nawet jakoś tak, nie jest mi nawet tego specjalnie żal, czasami czuję się jakby mnie nie było, jakbym nie żył. Tej ciszy nie jest wstanie zagłuszyć nawet alkohol.
Ostatnimi czasy swoje smutki regularnie topię w pościeli. Rozkładam jajka w wielu koszyczkach, naliczyłem ich ponad 500. Osobliwe odrętwienie, a może po prostu nuda, popycha mnie do coraz dziwniejszych zachowań. Przywierając do obcych ust, przestaje bić mi serce, traktuję wszystkich przedmiotowo, wiedząc, że to taka gra. Tyle tylko, że ostanie znajomości sprawiły, że pogubiłem się już nawet tam, we własnych bezdrożach ciągłych miłostek, płytkich uczuć i fascynacji. Nie rozumiem czemu serce mi pęka kiedy ktoś mnie zostawia, a boleśnie próbując powrócić do stanu wewnętrznej równowagi, tracę godność, honor, zaczynam sięgać dna, zachowując się przy tym jak stalker.
Gdzieś w tym wszystkim jest też M. Nasze pożycie nie istnieje, z reszta wcześniej nigdy nie należało do szczególnie aktywnych. W pewnym sensie obojgu nam to pasuje. Ja żeby ulec erotycznemu pobudzeniu potrzebuje wrażeń, których nie mogę zaproponować jemu. On swoje potrzeby przywykł zaspakajać samodzielnie. Nasz wieloletni układ poza tym jednym aspektem wydaje się bezpieczny i sensowny, zarówno dla mnie i dla niego, bo daje poczucie bezpieczeństwa i gwarancje na spokojnie jutro. Nie oparta na erotycznej fascynacji relacja z mężczyzną jest bezpieczniejsza. Ogień którego nie ma, nigdy przecież nie wygaśnie.
Zaliczam jakiś życiowy zjazd, dostałem od życia tyle a teraz mam wrażenie, że wszystko po kolei będzie mi odbierane, boleśnie przeminę i rozpadnie się mój świat.
