Mam zaległości w dokończeniu wspomnień z wyjazdu. Zdążyłem już wrócić do Polski, zacząć nowy projekt w pracy, wczoraj w środku tygodnia zaliczyłem pożegnalną imprezę koleżanki z działu, co skończyło się powrotem do domu o 3 nad ranem. W mieszkaniu bajzel, wciąż straszy sterta rzeczy do prania i prasowania, syf i malaria po kątach, ogólnie bałagan a na weekend jeszcze mam gości i muszę zrobić zakupy i przełożyć swoje plany wyjazdowe do Warszawy na przyszły tydzień. Najzwyklej na świecie nie ogarniam tego wszystkiego.
Po kolei… Uwielbiałem pogodę w Trypolisie w lutym, nie ukrywam że na taką właśnie liczyłem wybierając się do Libii w lutym. Piękne, niebieskie bezchmurne niebo, dużo słońca i lekki wiatr, który przyjemnie łagodził mocne promienie słoneczne padające z nieba. Zwiedzając Leptis chętnie wystawiałem się na promienie słoneczne rozkoszując się że nie było upału, żar nie lał się z nieba, przyjemnie chodziło się po całym terenie tego starożytnego miasta. Z powodu politycznej izolacji Libii powierzchnia miasta, choć wypisana na listę światowego dziedzictw UNESCO, zbadana została dopiero w około 40%. Dojazd tam nie trwał długo, ale wszyscy tego dnia byliśmy potwornie głodni, bo na śniadanie w hotelu nie było…. pieczywa. Jajka mleko pomidory ogórki liście sałaty warzywa masło dżemy orzechy owoce jogurty sery oliwki papryka brudna woda zwana kawą, ale pieczywa ani choćby sucharów czy czegoś podobnego nie dali i nie było czym zapchać żołądka. Wyjeżdżaliśmy wcześnie rano więc o 10 burczały nam brzuchy.
Na wycieczce spaliłem sobie kark i ręce, bo zapomniałem, że w tej szerokości geograficznej smarujemy się kremami z filtrem przez cały czas i nawet gdy wydaje się nam, że trwa zima i słońce nie opala.
Po tygodniu ciągłego przebywania ze sobą w grupie zaczęły pojawiać się konflikty. Ludzie przestali być dla siebie mili i wyrozumiali, zaczęły się przepychanki słowne, głośne werbalizowanie swoich potrzeb, ostentacyjne okazywanie niezadowolenia. Dla naszego lokalnego przewodnika wegetarianizm albo weganizm, w kraju objętym sankcjami to niezrozumiałe fanaberie, za to turyści potrafią żądać niemożliwego wprowadzając tutejszych mieszkańców w zakłopotanie i wielkie zdziwienie. Na ostatni wspólny wieczór nikt nie chciał ryzykować wyjścia do byle jakiej restauracji, ale dyskusja czy ryba to mięso, czy lepsze jest ziarno, owies i kuskus z sosem z keczupu, która wywiązała się w autokarze przyprawiła mnie o ogólne zwątpienie w rodzaj ludzki. Suma Summarum wieczorem wylądowaliśmy w libańskiej sieciówce Fettoush a część współtowarzyszy podróży poszła spać w bardzo złym humorze, bo musieli ulec, sprawy nie potoczyły się po ich myśli, bo znowu była ta sama libańska kuchnia a nie same orzechy, liście sałaty i owies.




























Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.