Kabul – Herat

Spało mi się nad wyraz dobrze po mimo że budziłem się w nocy regularnie. Kładąc się wieczorem do łóżka dziękowałem szczęściu, że pod prysznicem była ciepła woda a zza gołych rur, wystających ze ścian, nic mi nie wypełzło kiedy akurat miałem zamydlone oczy. Wcześnie rano lecieliśmy na jeden dzień do Heratu – miasta i prowincji w zachodnim Afganistanie, skąd mieliśmy po dwóch dniach wrócić do Kabulu i wyruszyć na wschód w stronę Bamian w górach Hindukusz. Odkryłem że wszyscy podróżowali z małymi plecakami, tylko ja tarabaniłem się z wielką torbą na co miałem swoje usprawiedliwienie, bo przed i po podróży planowałem pobyt w gorącym Dubaju. Nie chciałem spowalniać grupy, kontrola na lotniskach jak i nadawanie bagażu nie należą do najprostszych tutaj, dlatego przepakowałem się do bardzo małego plecaka. Byłem z siebie dumny, że jak chcę, to potrafię i nie zostanę zapamiętany z wyjazdu jako „this guy with a huge bag”. Poza tym od dziś mogliśmy chodzić już tylko w lokalnych strojach, więc prócz bielizny na zmianę i paru kosmetyków nie potrzebowałem niczego dodatkowo.

Opatrzność nade mną czuwała, bo przed wjazdem na teren lotniska najpierw skontrolowano nam paszporty, potem kazano wyjść z samochodu i pokazać bagaż, nim doszliśmy do wejścia na teren terminalu jeszcze trzy razy przechodziliśmy przez bramki security, a po odebraniu kart pokładowych na kontroli bezpieczeństwa sprawdzali praktycznie każdy pojedynczy przedmiot wnoszony na teren stanowisk odlotu. Reguła opakowań płynów do 100mil nie wydaje się tutaj sztywno obowiązywać, Vivien wyrzucili połowę kosmetyków choć znajdowały się w przepisowych rozmiarach, w kuble bezlitośnie lądowało wszystko co było w spreju.

W samolocie zagadał mnie miły pan i opowiedział mi, m.in. że Herat znany jest z winogron, że tutejsze odmiany są wyjątkowo słodkie o oryginalnej barwie i smaku. Bez sensu wypaliłem czy produkują z nich wino na co pan popatrzył na mnie z niedowierzaniem.

W Heracie często wpadaliśmy na grupy Talibów, panów z długimi brodami, w restauracji przy stoliku obok przysiadło się do nas ośmiu, karabiny AK-74 ułożyli niedbale przy ścianie, częściowo za naszymi plecami przez co zrobiło się nam lekko nieswojo, ale tylko przez chwilę. Niestety cały czas obowiązuje nas zakaz beztroskiego robienia zdjęć wszędzie i każdemu, choć w takich jak ten momentach, każdego z nas niewyobrażalnie kusi żeby się wyłamać.

Na noc zatrzymaliśmy się w hotelu Sadaf International, jako jeden z dwójki szczęśliwców załapałem się na olbrzymi suit z osobną sypialnią i dwoma łazienkami. Jedyny mankament tego miejsca był taki, że w nocy było zimno i nie działało sprawnie ogrzewanie.

Prowincja Herat była jednym z pierwszych ważnych pól bitewnych podczas radzieckiej interwencji w Afganistanie i do dziś pozostała obszarem aktywnych walk partyzanckich. Herat jest miastem starożytnym z wieloma zabytkowymi budynkami, chociaż te ucierpiały podczas różnych konfliktów zbrojnych w czasie ostatnich kilku dekad. Miasto zdominowane jest przez resztki cytadeli zbudowanej z czasów Aleksandra Wielkiego, meczetów lekko sfatygowanych po ostatnim trzęsieniu ziemi.

Ludzie nazywają je miastem wiedzy i cywilizacji, a miejscowi urzędnicy starożytnym Heratem. W końcu ta prowincja szczyci się tysiącami lat historii, przed i po inwazji Aleksandra Wielkiego aż do rządów któregoś tam cesarza.

Sama prowincja Herat była miejscem narodzin wielu poetów, malarzy, architektów, muzyków i perskiego szacha najsilniejszego władcy irańskiej dynastii. Populacja szacowana jest na 4 miliony i jest drugim najbardziej zaludnionym miastem w Afganistanie po Kabulu.

Pierwszą atrakcją w mieście była wizyta w oszałamiającym, błękitnym Wielkim Meczecie miasta, położonego w sercu zatłoczonego bazaru. Raz po raz zaczepiali mnie tutejsi mieszkańcy z pytaniem czy mówię w paszto, farsi albo po uzbecku, bo po angielsku nie daje się z nikim tutaj dogadać.

Odwiedzając to miejsce po raz drugi późnym południem, skorzystaliśmy z okazji odwiedzenia pobliskich sklepów z antykami, pięknymi kamieniami oraz tradycyjną biżuterią.

Odwiediliśmy też cytadelę Qala Ikhtyaruddin, znajdującą się niedaleko meczetu, absolutnego miejsca do zobaczenia w Heracie. Fort/pałac z dużymi wieżami i murami widocznymi z daleka, został zbudowany przez Aleksandra Wielkiego na ruinach już istniejącego fortu, aby chronić Imperium Macedońskie przed buntem ludu. Służąc przez lata jako cytadela i zamek, fort popadał jednak w ruinę.

Unknown's avatar

O saberblog

Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba. Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze? Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier. Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami. Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę. A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem. I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii podróże i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na Kabul – Herat

  1. salmiaki's avatar salmiaki pisze:

    Nie wiem, czy już Ci pisałam, ale za każdym razem, jak oglądam Twoje zdjęcia, wydaje mi się, że jesteś bardziej zadowolony, niż dotąd. Jakiś taki wypoczęty, przepełniony dobrą energią. A wszystko to jest w kontraście do tych ludzi z bronią…
    Cieszę się jednak, że realizujesz swoje marzenia i dzielisz się wrażeniami!

    • saberblog's avatar saberblog pisze:

      Rzeczywiście coś w tym jest, im bardziej szalony kierunek wyjazdu tym większy banan rysuje mi się na twarzy. Może to adrenalina i zupełnie inna rzeczywistość tak na mnie działają. Nie mam czasu rozmyślać o codzienności, pracy i przestaje analizować wydarzenia w swoim życiu.

  2. Miejsce urokliwe, ale ci Talibowie na każdym kroku….

Dodaj komentarz