Kabul – dzień pierwszy

Dziwnie czułem się oczekając z innymi współpasażerami przy bramce do wejścia do samolotu odlatującego do Kabulu. Kontrastowaliśmy gołym okiem w każdym szczególe. Odstawałem zarówno wyglądałem, jak i strojem. Na tle czarnych, białych czasami jasnobrązowych ubiorów wyglądałem jak kolorowy ptak w jasnobiałym t-shircie w paski, kolorowych adidasach, bez brody czy wąsów i jeszcze z ogoloną głową. W samolocie głównie mężczyźni, niektórzy z zegarkami jakby z odpustu: złotymi, mocno świecącymi, wysadzanymi świecidełkami imitującymi diamenty czy inne kamienie szlachetne. Raz po raz zdarzał się ktoś w bardziej zachodnim stroju, ale była to rzadkość zwłaszcza, że Talibowie zakazali mężczyznom noszenia zachodnich strojów czy nawet dżinsów. Samolot Airbus 340-300 prywatnych linii Kam Air na pierwszy rzut oka przeżył wiele, ale to i tak jedna z najbardziej rzetelnych linii lotniczych obsługująca kierunek Afganistanu. Dopiero niedawno dowiedziałem się do Kabulu znowu lata Turkish, ale że potrzebowałem wizy i tak skazany byłem na lot przez Dubaj. Siedzący obok mnie miły pan niespodziewanie wyciągnął woreczek wypełniony nerkowcami, prażonymi pistacjami, migdałami i rodzynkami, rozwinął go i częstował mnie smakołykami przez cały czas trwania lotu. Za każdym razem kiedy nie potrafiłem rozłupać pistacji, zabierał ją ode mnie, rozłupywał zębami i oddawał na dłoni. Po kwadransie uprzyjmosci było wspólne selfie w samolocie oraz wymiana numerów na whatsup. Przysnęło mi się nie długo po starcie, było grubo po 4 nad ranem, akurat roznosili posiłek. Sąsiad zadbał o mnie, bo kiedy otworzyłem jedno oko, na moich kolanach wylądował plastikowy pojemnik z ryżem i kurczakiem. W ramach barteru oddałem mu baton czekoladopodobny, za który podziękował. Na obsługę samolotu bałem się patrzeć, ciekawiło mnie jak pracują i jednocześnie jak dobrze wyglądają z tymi pełnymi, starannie dopracowanymi i zadbanymi brodami. Każde zbyt przydługie spojrzenie w ich stronę powodowało, że pan podbiegał do mojego fotela z wzorkiem pytającym czy czegoś mi nie potrzeba? Lecieliśmy nie całe 180 minut z czego 3/4 lotu przespałem.

Momentu lądowania oraz widoku po wyjściu z samolotu zaraz po wylądowaniu nigdy nie zapomnę: było magicznie, tak jakby filmowo, słońce dopiero wschodziło, mocno raziło oczy, olbrzymie silniki odrzutowe na tle olbrzymich pasm gór i budynek lotniska, które pamiętałem ze zdjęć zagranicznej prasy. Autobusem podjechaliśmy do terminalu, szybko dostałem pieczątkę w paszporcie, potem jeszcze jakaś deklaracja cudzoziemca, zdjęcie i mogłem stanąć w tłumie pasażerów czekających na bagaż. Nie było to łatwe zadanie, taśmy nie były ponumerowane, ktoś z obsługi wskazał mi taśmę skąd powinny wyjechać bagaże lotu z Dubaju. Przedostanie się tam nie było proste, przejście blokowały wszechobecne wózki oraz tłumy mężczyzn i ciekawskich dzieci. Kontrola celno-bagażowa odbyła się jeszcze szybciej, niezatrzymywany wszedłem do całkiem sporej strefy wolnocłowej, nie było czasu rozglądać się na boki, tłum napierał chciałem jak najszybciej dostać się do wyjścia gdzie czekał na mnie lokalny przewodnik. Minąłem olbrzymi znak z napisem I love Afghanistan, skręciłem w lewo i wszedłem w jeszcze bardziej dziki tłum oczekujących na przyjezdnych gapiów. Co któryś proponował taksówkę, internet, rozmaity obwoźny towar albo zwykłą pomoc – oczywiście nie bezinteresownie.

Mniej więcej w tym samym czasie co mój, wylądował samolot ze Stambułu, spotkałem znajome twarze, szybko i sprawnie zapakowaliśmy się do auta i ruszyliśmy w stronę hotelu w dzielnicy Shahre Naow. Nasz przewodnik pozwolił nam zjeść szybkie byle jakie śniadanie, napić się kawy, mieliśmy szansę osobiście przedstawić się naszemu afgańskiemu przewodnikowi, którym okazał się Ruhollah. Do końca wieczoru jego imię ewaluowało przechodząc przez każdą możliwą błędną odmianę: Ruhallo, Ruhajło, Rucollah, Ruhulla, Ricola itp.

Różne wymiany kulturowe w historii narodu wpłynęły na tradycyjne style i smaki współczesnych strojów i krojów afgańskich. Te tradycyjne, zarówno dla mężczyzn, jak i kobiet, zazwyczaj zakrywają całe ciało, ze spodniami zebranymi w pasie, luźną koszulą lub sukienką i jakąś formą nakrycia głowy. Standardowy tradycyjny strój męski składa się z tuniki, koszuli, spodni i opcjonalnego nakrycia głowy. Wybrałem kolor i wzór materiału, przewodnik pomógł dobrać mi kamizelkę, chustę dokupiłem sobie u lokalnego ulicznego sprzedawcy pod sklepem krawca. Turbany (lungis) noszone są w całym kraju, ale materiał, kolor i styl różnią się w zależności od regionu. Przymierzyłem kilka, ale z decyzją o kupnie wstrzymam się, aż odbiorę swoją tunikę.

Pieniądze, dolary wymieniamy wprost na ulicy, studolarowe chrupiące banknoty z niebieskim paskiem cieszą się lepszym przelicznikiem niż 20 i 50. Mniejszych w ogóle nie chcą wymieniać.

Prosto od krawca pojechaliśmy do świątyni Sakhi odwiedzanej głównie przez Hazarów. Kobiety podchodziły nieśmiało prosząc o wspólne zdjęcie z jedyną podróżującą z nami kobietą. Warunek był jeden, zdjęcia nie mógł robić lokalny mężczyzna. Raz w zamieszaniu jakiś Hazar wziął do ręki komórkę i zrobił kilka fotek, za co zaraz został skarcony uderzeniem w tył pleców przez patrolującego teren Taliba.

W ataku w lipcu 2016, do którego przyznało się tzw. Państwo Islamskie, zginęło tutaj 80 osób. Szyiccy muzułmanie stanowią około 15% populacji Afganistanu, a wielu z nich pochodzi z grupy etnicznej Hazara.

Na bardzo wczesną kolację udaliśmy się do restauracji Bukhara, kulinarnej oazy miasta, w której można delektować się bogactwem smaków i żywą kulturą kraju, który zwiedzamy. Pierwsza wspólna kolacja więc na stole musiał wylądować kebab z kurczaka, który spożywałem z czymś, co lokalni nazywają doogh albo dugh – napój wytwarzany z jogurtu i wody z dodatkiem soli i pieprzu podawany schłodzony z lekką pianką.

Nieznane's awatar

About saberblog

Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba. Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze? Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier. Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami. Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę. A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem. I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii podróże i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz