Przeziębienie mi nie odpuszcza, z resztą nie tylko mnie, praktycznie wszyscy prychają, smarkają i kaszlą. Nagła zmiana pogody dała się nam we znaki, z kilkunastu stopni temperatura spadła do kilku, w nocy bywają przymrozki a pokoje hotelowe nie zawsze są ogrzewane. Poznawanie Mazar kojarzy mi się z wieczną walką o utrzymanie ciepła, z próbami dogrzania się, rano nie mogłem zdecydować się wyściubić nosa spod kołdry bo w pokoju było raptem kilka stopni, wieczorami kiedy wracaliśmy do hotelu, wysiadałem z auta i czym prędzej biegłem do pokoju wskoczyć pod gorący prysznic a potem zaraz hop do łóżka. Jednego dnia miałem na sobie kilka warstw odzieży termicznej, polar, dodatkowo kurtkę ale z powodu mocno przenikliwego wiatru dalej trzęsłem się jak galareta.
Talibowie nie robią już na nas takiego wrażenia jak w pierwszych dniach. Przestrzegamy reguł więc są dla nas bardzo mili, chcą się z nami fotografować, ale dotyczy to tylko męskich członków wycieczki, bo kobiety niezmiennie trzymają na dystans. W dużej mierze to bardzo prości ludzie, niezdolni zrozumieć bardziej skomplikowane sprawy, obserwowanie jak Ruhula męczy się z nimi tłumacząc skąd, po co, na co, dlaczego, dokąd i na jak długo gdzieś wjeżdżamy kłuje po oczach i jest zajęciem wyczerpującym psychicznie, bo większość nie kapuje za pierwszym podejściem.
Tęsknię za dobrą kawą. Próbuję zadowolić się brudną wodą w stylu instant, która często jest jedyną opcją na śniadanie, ale efektu pobudzenia niestety nie da się spreparować. Wyjeżdżając z Kabulu do Heratu, na lunch poszliśmy w jedno miejsce gdzie serwowano prawdziwe espresso, z pianką i obiecaliśmy sobie, że naszą ostatnią kolację zjemy w tym właśnie miejscu.
















Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.