Mazar-e-Sharif

Przeziębienie mi nie odpuszcza, z resztą nie tylko mnie, praktycznie wszyscy prychają, smarkają i kaszlą. Nagła zmiana pogody dała się nam we znaki, z kilkunastu stopni temperatura spadła do kilku, w nocy bywają przymrozki a pokoje hotelowe nie zawsze są ogrzewane. Poznawanie Mazar kojarzy mi się z wieczną walką o utrzymanie ciepła, z próbami dogrzania się, rano nie mogłem zdecydować się wyściubić nosa spod kołdry bo w pokoju było raptem kilka stopni, wieczorami kiedy wracaliśmy do hotelu, wysiadałem z auta i czym prędzej biegłem do pokoju wskoczyć pod gorący prysznic a potem zaraz hop do łóżka. Jednego dnia miałem na sobie kilka warstw odzieży termicznej, polar, dodatkowo kurtkę ale z powodu mocno przenikliwego wiatru dalej trzęsłem się jak galareta.

Talibowie nie robią już na nas takiego wrażenia jak w pierwszych dniach. Przestrzegamy reguł więc są dla nas bardzo mili, chcą się z nami fotografować, ale dotyczy to tylko męskich członków wycieczki, bo kobiety niezmiennie trzymają na dystans. W dużej mierze to bardzo prości ludzie, niezdolni zrozumieć bardziej skomplikowane sprawy, obserwowanie jak Ruhula męczy się z nimi tłumacząc skąd, po co, na co, dlaczego, dokąd i na jak długo gdzieś wjeżdżamy kłuje po oczach i jest zajęciem wyczerpującym psychicznie, bo większość nie kapuje za pierwszym podejściem.

Tęsknię za dobrą kawą. Próbuję zadowolić się brudną wodą w stylu instant, która często jest jedyną opcją na śniadanie, ale efektu pobudzenia niestety nie da się spreparować. Wyjeżdżając z Kabulu do Heratu, na lunch poszliśmy w jedno miejsce gdzie serwowano prawdziwe espresso, z pianką i obiecaliśmy sobie, że naszą ostatnią kolację zjemy w tym właśnie miejscu.

Nieznane's awatar

About saberblog

Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba. Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze? Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier. Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami. Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę. A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem. I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii podróże i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz