Nie udało się nam przebukować biletów na poranny lot do Kabulu przez co do 12 byłyśmy zmuszeni czekać na wylot samolotu. Nie mamy za krzty zaufania do naszego nowego przewodnika Alego, który niczego nie wie, niczego nie potrafi załatwić i na niczym się nie zna. W Kabulu byliśmy o 13, spięliśmy się wszyscy, zrezygnowaliśmy z lunchu, byle jak najwięcej zobaczyć ostatniego dnia pobytu w stolicy. Ali wywiózł nas na ptasi bazar, gdzie droga w gigantycznych korkach zajęła nam ponad godzinę, przegonił nas w kwadrans wśród różnej maści kolorowego ptactwa, zapakował z powrotem do auta i ruszył w półtoragodzinną przeprawę na drugi kraniec miasta, żeby po dojechaniu pokazać antykwariat i stwierdzić, że wszystko inne jest już niestety zamknięte. Miny nam zrzędły, entuzjazm nagle wyparował, w stronę przewodnika poszło parę mocnych epitetów. Kolega który zawsze najwięcej mial do powiedzenia niestety leżał rozłożony niedyspozycją ze strony układu pokarmowego więc można być rzec Alemu i tak się upiekło.


















Ostatnia wspólna kolacja odbyła się w Cafetterii – urokliwej kabulskiego restauracji serwującej klasyki kuchni włoskiej, której wnętrze gryzło się z bezmiarem brudu i biedy, zakurzoną, szarą bylejakością i wszechobecną tymczasowością panującą w około. W środku restauracji spotkajmy lokalnych uprzywilejowanych Afgańczyków, pięknie ubranych mężczyzn i kobiet, obwieszonych złotem i drogimi dodatkami. Nie wszyscy widać zdecydowali się uciec z tego kraju przed jarzmem Talibów.
Nie wiem czy spotkamy się kiedyś znowu w tym samym gronie, nie padły żadne konkretne propozycje wspólnych wyjazdów w przyszłości. Niektórzy spotkają się za miesiąc w Kamerunie i Burundi, szlakiem 5 środkowoazjatyckich Stanów nikt się ze mną nie wybiera. Śniadanie zjadłem sam, mocno byle jakie, część grupy odleciała wcześnie rano do Stambułu, ja z dwojgiem pozostałych osób wracaliśmy popołudniowym lotem do Dubaju. Poszliśmy jeszcze na spacer, kupiłem całe naręcze kolorowych chust arafatek pozbywając się ostatnich afganów. Dobrze znane kolejne etapy żmudnej kontroli przed wjazdem na teren lotniska, kontrola bagaży, kontrola osobista i znowu bagażu i ostatnia kontrola osobista – nie irytowały, bo weszły w nawyk przez ostatnie kilka dni ciągłego przemieszczania się po kraju. W hotelu w Dubaju byłem mocno pod wieczór i poszedłem od razu spać.

Podziwiam odwiedziny w tak „mało” atrakcyjnych dla Europejczyka krajach jak Afganistan. Napisałem „mało” w cudzysłowiu, bo tak się jedynie przeciętnemu Europejczykowi wydaje a nie ma to nic wspólnego z rzeczywistością i tak naprawdę jest tam mnóstwo atrakcyjności do zwiedzania. To innego typu zwiedzanie, które po prostu z przeciętną turystyką nie ma nic wspólnego.
Wspaniałe zdjęcia, z których bije celnie uchwycona egzotyka Afganistanu. Znam Afgańczyków, przede wszystkim Pasztunów, którzy zgłaszają się do naszego kantonalnego socjalu. Zwykle bardzo wymagający klienci. Trudno im zrozumieć szwajcarskie poszanowanie czasu, więc o ile zgłaszają się na termin, zwykle robią to z ogromnym spóźnieniem;-)
Pozdrawiam serdecznie właściciela podobnej ..fryzury;-)
Kiedy podsumowanie roku? czekam…
Zacząłem już pisać.
Bo ja się w Tobie zaczytałam od podsumowania roku, ale już nie pamiętam ile to lat temu.
Na pewno dawno to było.