Do stolicy zaczęli zjeżdżać ludzie z różnych zakątków świata, lądując na lotnisku o różnych porach i z różnych stron. Atmosfera oczekiwania unosiła się w powietrzu.
Mój samolot wylądował późno w nocy, razem ze mną podróżowało kilka osób z mojej grupy oraz przewodnik, sympatyczny Holender o imieniu A.
Zaskoczyła mnie niesamowita pustka i cisza na lotnisku, Aszgabad jest stolicą a prócz naszej garstki podróżujących, nie było tam nikogo. Wszędzie białe marmurowe ściany, gdzieniegdzie reklamy i mnóstwo złotych elementów.
Wszyscy musieliśmy odczekać swoje w kolejce po wizę, z dokumentami nie było problemu więc wklejkę do paszportu otrzymałem szybko a objętość mojego portfela zmniejszyła się o kilka amerykańskich banknotów.
Rano szybko trafiłem na parę Amerykanów, którzy od razu wydali mi się… dziwni. Po śniadaniowej przygodzie w hotelowej restauracji, zagadnąłem ich w lobby. Odpowiedzieli tylko lakonicznym „interesting”, po czym już wiedziałem, że chyba między nami nie zaklika.
I niestety miałem rację. Wieczorem cała grupa ruszyła na kolację do lokalnej knajpki, gdzie czekały na nas regionalne specjały i swojska atmosfera. Ale oni – najpierw narzekali, że za głośno, potem że lokalni palą papierosy, i finalnie przesiedzieli cały wieczór sami, przy osobnym stoliku. Reszta z nas integrowała się w najlepsze w drewnianej przybudówce przy ogródku – śmiechy, rozmowy, poznawanie się nawzajem. W końcu mieliśmy razem spędzić dwa tygodnie!
Ciekawostka: jakieś 95% samochodów na ulicach miało kolor biały albo srebrny. Inne kolory? Nie istnieją. Czarne są zarezerwowane wyłącznie dla rządowych elit. Zastanawialiśmy się, jak właściciele rozpoznają swoje auta na parkingach. Może mają jakiś sekretny kod?
Pierwszy dzień w Aszchabadzie zostawił w głowie kilka wyraźnych obrazów – monumentalne budynki z białego marmuru, pustki na chodnikach i ludzie w jednakowych mundurach. Takie białe miasto-widmo na środku pustyni, gdzie nawet krawężniki są marmurowe, a ulice czystsze niż niejeden salon. Całość robi wrażenie – wizytówka kraju, która ma przysłonić biedę i codzienność zwykłych ludzi. Miasto pełne złotych pomników, ogromnych rządowych gmachów i rygorystycznych zasad. Palić w miejscu publicznym? Grozi za to areszt.
Aszchabad to miasto kontrastów. Z jednej strony wspaniałe kopuły, błyszczące fasady i place jak z bajki – z drugiej strony puste alejki, gdzie echo niesie się aż do horyzontu. Tłumów brak, choć mieszka tu ponad milion ludzi. Większość schowana w klimatyzowanych biurach albo lokalnych bazarach, bo przez większą część roku temperatura dobija do 50 stopni. Nam się poszczęściło – trafiliśmy na idealny moment, by spokojnie spacerować ulicami bez uczucia, że się topimy.
Zwiedzaliśmy miasto sami, w grupie – i dobrze, bo dzięki temu mogliśmy poczuć klimat miejsca. Choć nie obyło się bez przygód – kilka razy zatrzymała nas policja lub cywile, informując, że gdzieś nie możemy przebywać, stać czy robić zdjęć. Przepędzono nas z Placu Niepodległości i innych reprezentacyjnych miejsc rządowych.
Miasto jest niesamowicie zadbane – wszystko, dosłownie wszystko jest pielęgnowane z niemal obsesyjną dokładnością: podlewane, przycinane, froterowane. Przez to Aszchabad wydaje się aż nienaturalnie czysty – jakby żyło się w muzeum.
Lonely Planet opisuje Aszchabad jako połączenie Las Vegas i Pjongjangu – i coś w tym jest. Tutaj przepych łączy się z surrealizmem. Port lotniczy w kształcie sokoła, największa na świecie wieża telewizyjna w formie gwiazdy, a w luksusowym hotelu siedmiogwiazdkowym serwują… carpaccio z krokodyla. Wszystko to w towarzystwie fontann, trawników przyciętych jak od linijki i perfekcyjnie rozkwitających skwerów.
To miasto jest jak sen – dziwny, piękny, czasem trochę przerażający. Ale jedno trzeba mu oddać – zostaje w pamięci na długo. Bo choć ulice świecą pustkami, a monumentalizm przytłacza, to właśnie te kontrasty sprawiają, że nie sposób o nim zapomnieć.
Temperatury przez większość roku są nie do wytrzymania i sięgają nawet 50 stopni. To że mogliśmy chodzić na zewnątrz nie umierając z powodu upałów było spowodowane że wybraliśmy dobry moment na przyjazd.

































Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.