Daszoguz – Khiva

Rano zszedłem jeszcze na śniadanie – bardzo skromne, ale coś tam było: trochę chleba, jajko, ser i warzywa w wersji minimalistycznej – ogórek i pomidor bez większych emocji. Kawa rozpuszczalna, więc nawet nie spojrzałem – zostawiłem sobie miejsce na przygodę, nie na kofeinę.

Wczorajsza kolacja w hotelu również nie była kulinarnym odkryciem, ale cóż – w Daszoguz nie uświadczysz taksówek, a komunikacja miejska działa na zasadzie “może będzie, może nie”, więc zostaliśmy przy opcji najłatwiejszej: jedzenie hotelowe.

Przed opuszczeniem miasta zahaczyliśmy jeszcze o lokalny bazar – miejsce pełne barw, zapachów i uśmiechów. Miałem tam okazję odkurzyć mój rosyjski – po angielsku raczej niczego się tu nie załatwi, ale na szczęście gesty, uśmiech i trochę dawno nieużywanych słów wystarczyły. Panie ze złotymi zębami kiwając głowami w takt rozmowy, obdarzały nas szczerymi, szerokimi uśmiechami – widoki bezcenne.

Do granicy z Uzbekistanem dotarliśmy szybko. Czekała na nas tam swoista przygoda biurokratyczna – wypakowanie bagaży, przejście przez kilka bram, formularz wyjazdowy po turkmeńsku, kontrola paszportowa i w końcu – upragniona pieczątka wyjazdowa. Potem chwila oczekiwania na legendarny już radziecki busik, który miał nas miał przewieźć przez pas ziemi niczyjej – wehikuł czasu na kółkach, który dzielnie dowiózł nas do bram Uzbekistanu.

Po drugiej stronie wszystko poszło sprawnie – szybka kontrola, bez zaglądania do bagaży. Wsiadłem do autokaru, który czekał na nas po uzbeckiej stronie, z ulgą, uśmiechem i ekscytacją na dalszy ciąg podróży.

Nieznane's awatar

About saberblog

sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, w czepku urodzony, z poukładanymi priorytetami, który podąża za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo w ten sposób obserwuję siebie i całą resztę. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym. To bardzo przyjemne uczucie, zrobić w życiu coś dla siebie, wbrew temu co mówią inni, co wypada, co należy albo trzeba. Czasem mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracować, dopiero co wyemigrował z Polski, rzucił pracę, wyruszył w podróż dokoła świata, odwiedził ponad 90 krajów. Innym razem łapię się za głowę, ile to już lat minęło, ile po drodze się wydarzyło. Czas jest fajną materią, taką bezkresną i niedotykalną. Fajnie obserwować emocje swoje i innych. Elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę systematycznie – to jedna z niewielu rzeczy, które w życiu robie naprawdę regularnie, bo zwykle na bakier u mnie z obowiązkowością. Czasem wracam do spraw np. sprzed roku i okazuje się, że gdy patrzę na tamten czas choćby z perspektywy dwunastu miesięcy, widzę, że był on naprawdę wypełniony. Myślę że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi życiowego „pionu”. A tak zawsze mogę spojrzeć na przeszłość z dystansu i zobaczyć czy udało mi się zrealizować swój zamierzony plan, zweryfikować gdzie popełniłem błędy albo po prostu pamiętać o tych wszystkich miłych wydarzeniach, których byłem uczestnikiem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii podróże i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz