Chiwa  – czyli co za rozkosz

Chiwa to prawdziwa perełka! Już od pierwszych chwil po przyjeździe poczuliśmy, że trafiliśmy w miejsce wyjątkowe – ledwo rzuciliśmy bagaże w hotelu (położonym tuż przy południowym wejściu do cytadeli), a już pędziliśmy na spotkanie z zamierzchłą historią. Dobrze, że trafiliśmy tu teraz w kwietniu – latem temperatura potrafi sięgnąć nawet 50 stopni. Dzień zaczęliśmy od pysznego lunchu w lokalnej restauracji, gdzie czekały na nas aromatyczne dania kuchni uzbeckiej i lokalne orzeźwiające zimne piwo – w sam raz, bo słońce nie miało litości.

Widok Chiwy zachwyca od pierwszego spojrzenia – wysokie, ceglane mury twierdzy skrywają niesamowicie dobrze zachowany świat dawnego imperium. Niegdyś jeden z głównych punktów Jedwabnego Szlaku, Chiwa była zarówno bezpieczną przystanią dla zmęczonych podróżników, jak i miejscem owianym legendą – pełnym tajemnic i historii, które dziś można odkrywać bez końca. Wszystko, co najcenniejsze w Chiwie, mieści się wewnątrz jej serca – cytadeli Itchan Kala. To jak muzeum pod gołym niebem – ponad 60 zabytków: meczety, pałace, muzea, warsztaty i sklepy. Już przy wejściu witają cię uliczne stoiska – barwne czapki z owczej skóry, kobiety sprzedające tradycyjne płaszcze i rzemieślnicy pochylający się nad misternymi dziełami sztuki. Wszystko tętni życiem, kolorami i zapachem przeszłości.

Chiwa, wraz z Bucharą i Samarkandą, tworzy magiczny trójkąt Jedwabnego Szlaku. Ale tylko tu można się poczuć, jakby czas się zatrzymał. Spacerując po Itchan Kala, czułem się jak odkrywca – za każdym rogiem czekało coś nowego: pałac ozdobiony turkusowymi kafelkami, meczet wsparty na dziesiątkach drewnianych kolumn, czy uroczy warsztat, w którym ktoś właśnie tkał dywan albo formował gliniane naczynie. Nie sposób się tu zgubić, choć warto próbować – ciasne uliczki raz po raz prowadzą do uroczych placów, a każdy zakręt to zaproszenie do przygody. I choć Itchan Kala ma aż 26 hektarów, spaceruje się po niej z lekkością. Jednym z najbardziej zapadających w pamięć widoków był Kalta Minor – niedokończony minaret, wyglądający jak turkusowa wieża z bajki, błyszcząca w słońcu jak klejnot.

Wieczór to była moja ulubiona pora w Chiwie. Słońce powoli chowało się za horyzont, zalewając miasto złotym światłem. I był to spektakl. Nie tylko widok na stare mury, ale też cała panorama pustyni w ciepłych barwach różu, pomarańczy i bursztynu.

Gdy większość turystów zniknęła, Chiwa zaczęła oddychać inaczej. Wróciłem wtedy sam na uliczki starego miasta, by wsłuchać się w jego rytm. Wokół dzieci bawiły się w chowanego, lokalne rodziny spacerowały powoli, ciesząc się chłodniejszym powietrzem, a ja chłonąłem atmosferę jak zaczarowany. Minarety, kopuły, mozaiki z ręcznie malowanych kafli – wszystko w turkusach i piaskowych odcieniach. Wtedy zrozumiałem: jestem naprawdę na Jedwabnym Szlaku. W miejscu, które przetrwało wieki i które dziś nadal opowiada swoje historie. Chiwa to nie tylko zabytek – to podróż w czasie, do świata dawnych karawan, opowieści i niezwykłych spotkań. I trudno nie zakochać się w niej od pierwszego kroku.

Nieznane's awatar

About saberblog

Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba. Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze? Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier. Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami. Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę. A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem. I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii podróże i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz