Od ponad 20 lat Samarkanda, perła Jedwabnego Szlaku i serce Uzbekistanu była moim miastem do odwiedzenia. Dziś w końcu udało mi się je zobaczyć na żywo! I miasto naprawdę robi wrażenie. Położone na styku kultur Wschodu i Zachodu, urzeka architekturą, historią i tym niepowtarzalnym klimatem turkusowych mozaik, które zdobią ściany madras. Nic rozczarowałem się, czytając wcześniej że Samarkanda uchodzi za najważniejsze i najpiękniejsze miasto całej Azji Środkowej – jej blask potrafi onieśmielić nawet najbardziej doświadczonych podróżników.
Plac Registan – serce miasta – jest jak scena teatralna, na której historia rozgrywa się na tle trzech monumentalnych madras. Ich ceramiczne fasady lśnią w słońcu i tworzą perfekcyjną symetrię, która zachwyca z każdej perspektywy. Nazwa placu oznacza „pustynię” w języku perskim, ale życie tu aż kipi. Nie musieliśmy nawet tutaj specjalnie jechać, bo z hotelu mieliśmy raptem kilka minut drogi pieszo.
Dla wielu Uzbekistan to nadal biała plama na mapie. Ale właśnie to czyni ten kraj tak fascynującym dla tych, którzy lubią zbaczać z utartych szlaków. Historia przemawia tu z każdego muru – od Aleksandra Wielkiego po Czyngis-chana, wielcy zdobywcy świata zostawili tu swój ślad.
Oczywiście, Uzbekistan ma swoje cienie – jak każdy kraj. Ale mimo trudnej polityki czy biurokracji, ludzie tu nadrabiają wszystko niesamowitą gościnnością, otwartością i szczerym uśmiechem. Sprawdziło się tylko jedno o czym wspominała mi koleżanka z pracy, odwiedzając ten kraj w zeszłym roku. Uzbecy wyczuli turystykę jako niezłe źródło dochodu więc zdzierstwo, zawyżanie cen i negocjowanie cen spotyka się na każdym kroku.
Samarkanda to jedno z trzech legendarnych miast Wielkiej Trójki Uzbekistanu – obok Chiwy, zamrożonej w czasie perły architektury, oraz Buchary, „Filara Religii”, z jej wspaniałymi meczetami i medresami.
Tego dnia zjedliśmy wspólny lunch w bardzo ładnej restauracji zorganizowanej przez naszego lokalnego przewodnika – był lokalny plov, warzywa, deser. Wszystko jak trzeba. Ale popołudniu grupa zaczęła się nam wykruszać… dwie osoby wróciły wcześniej do hotelu, kilka kolejnych ominęło kolację. Nagle połowa ekipy zaczęła się źle czuć – nawet nasz przewodnik zaniemógł i musiał się wycofać z wieczornego programu.
Kiedy jednej z osób wezwano lekarza, pomyślałem: czas na plan B. Zorganizowałem dla wszystkich chętnych po szklance zimnej wódki – w końcu trzeba jakoś pomóc organizmowi walczyć! W restauracji zostało nas już tylko ośmioro. Gdy jedna osoba poczuła się gorzej – wsadziliśmy ją w taksówkę i odesłaliśmy do hotelu. Na koniec zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie – pół-żartem, pół-serio mówiłem, że będę stawiać krzyżyki przy tych, którzy padną jako następni.
Po kolacji wybraliśmy się jeszcze na pokaz świateł i dźwięku na Placu Registan – naprawdę magiczne doświadczenie. Tłumy ludzi. Po powrocie do hotelu, na wszelki wypadek – jeszcze po kieliszku „profilaktycznie”.
No i… zaczęło się. O 23:00 dopadły mnie dreszcze, gorączka i klasyczne objawy zatrucia. Noc spędziłem bardziej walcząc niż śpiąc.
Rano miałem nadzieję, że może zostaniemy dzień dłużej, ale o 8:30 wsiedliśmy do autobusu i ruszyliśmy w stronę granicy z Tadżykistanem. W autokarze – wyraźny podział: połowa coś zwiedza, druga połowa walczy o przetrwanie. Ja byłem w tej drugiej ekipie – i mogę śmiało powiedzieć, że nigdy wcześniej „umieranie” nie miało w sobie tyle przygody.











































Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.