Dzień 2 – biuro

W nocy spałem niespokojnie – budziłem się dwa albo trzy razy. Najpierw zrobiło mi się za zimno, więc wyłączyłem klimatyzację. Po paru godzinach atmosfera w pokoju zrobiła się duszna, zacząłem się pocić i w końcu musiałem wstać, żeby na nowo włączyć chociaż lekki nawiew. Wrażenie było takie, jakby ktoś prowadził ze mną eksperyment: „zobaczymy, ile ten człowiek wytrzyma w zmieniających się warunkach klimatycznych”.

Rano wstałem o 5., gotowy zmierzyć się z tym, co przyniesie nowy dzień. Wskoczyłem w garnitur, zamówiłem taksówkę i już po sześciu minutach byłem pod biurem klienta. I tak oto stanąłem przed olbrzymią stalowo-szklaną wieżą – kolejnym dzieckiem petrodolarów w West Bay.

Moje biuro mieściło się na dziesiątym piętrze. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to brudne okna – wszędzie gruba warstwa piasku, jakbyśmy siedzieli pośrodku pustyni.

Przed przyjazdem do Kataru drżałem na samą myśl o letnich upałach i czy je dam radę znieść . Tymczasem rzeczywistość zrobiła ze mnie ofiarę klimatyzacji. Na zewnątrz słońce praży tak, że asfalt dosłownie się topi, a w środku – lodówka. Mam wrażenie, że pracuję w magazynie mrożonek, temperatura nie odpuszcza: sztywne 16 stopni, chodzę cały czas w marynarce i czuję się jak pingwin na wybiegu.

Posadzili mnie w pokoju z sześcioma innymi osobami. Atmosfera? Totalny surrealizm – cisza tak głęboka, że słychać, jak muchy przymarzają do biurka, ludzie wymieniają między sobą jedno słowo na godzinę, a telefony czy telekonferencje telekonferencje prowadzi się wyłącznie w specjalnych salkach, jakby były to tajne rozmowy agentów wywiadu. Ja – konsultant z zewnątrz, czuję się trochę jak intruz, który trafił na tajemnicze spotkanie loży milczenia.

A żeby było jeszcze zabawniej to od rana nie działało mi Wi-Fi. Myślałem, że ktoś mi pomoże, ale usłyszałem tylko: „Dział IT, 8p., idź i sobie załatw”. No i tyle. Lunch? Długo nie wiedziałem czy on tu w ogóle istnieje. W pewnym momencie ludzie po prostu zniknęli, jakby pochłonęły ich ściany.

Pracuję od 7:30 do 16:00, praktycznie bez przerw na kawę, bez rozmów – nie dlatego, że jestem taki pracuś, tylko po prostu nie ma gdzie. Na piętrze jest małe pomieszczenie gospodarcze: lodówka, szafka z naczyniami, mały ekspres i wielki baniak z wodą, stoją tam dwie osoby i już jest tłok, usiedzieć się nie da, bo nie ma nawet krzesła.

To dopiero pierwszy dzień, więc staram się nie oceniać, ale mam wrażenie, że rozpocząłem pracowniczą przygodę w krainie lodu i ciszy.

Nieznane's awatar

About saberblog

Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba. Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze? Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier. Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami. Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę. A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem. I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii praca i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 Responses to Dzień 2 – biuro

  1. Ogólnie Pingwiny są super i ciesze się, że mimo wszystko zapewnili Ci jakąś lodówkę. Oby dorzucili do niej dobrą kawę, niekoniecznie mrożoną i chociaż polski, nieśmiertelny taboret, żeby wypić na siedząco 😉 Zaskoczyłeś mnie trochę tym, że tak powiało tak dystansem i ciszą, ale może oni ogólnie tak mają? Poza biurem ludzie tez są tacy sztywni?

    • saberblog's awatar saberblog pisze:

      Mam wrażenie, że biuro tutaj rządzi się własnymi prawami. Poza nim ludzie są niezwykle mili, otwarci i gościnni, ale wewnątrz murów atmosfera zmienia się diametralnie. Może to specyfika branży – końcu ropa i gaz to twardy świat inżynierów.

      Ciekawa jest przestrzeń do odpoczynku. Teoretycznie są miejsca relaksu, ale ustawione tak, że wszyscy widzą, kto akurat robi przerwę, a kto siedzi przy biurku. Trochę to dziwne, trudno się w pełni zrelaksować gdy ma się świadomość że ktoś cię obserwuje.

Dodaj komentarz