Dzień 4 – bliskie spotkanie

Nie wiem, czy to ze stresu, czy po prostu z mojego wrodzonego roztrzepania, ale dziś rano zaliczyłem klasykę gatunku. Dojechałem do biura, przyniosłem sobie kawy, rozsiadłem się wygodnie… i nagle olśnienie: nie mam telefonu. Został w hotelu na biurku, a bez telefonu człowiek jak bez ręki, nawet do komputera się nie zaloguje, więc czym prędzej zawrotka, taksówka, powrót, sprint po zgubę i znów do biura. Całość zamknąłem w jakieś 20 minut – rekord życiowy, bo gdyby trwało to dłużej, to na pierwsze zaplanowane spotkanie wchodziłbym dziś jak spóźniony uczeń. No cóż, kto nie ma w głowie, ten ma w nogach.

Rano jeszcze kończyłem stare sprawy, gadałem z moim nowym kolegą „panem z ósmego piętra”, gdy nagle zjawia się ona moja szmatogłowa szefowa. I to nie byle jaka – prawdziwa królowa dramatu, w dodatku z wieczorną informacją, którą ja już dawno miałem ogarniętą. Pierwsze koty za płoty: udało mi się ją trochę uspokoić, przekonać, że mam to pod kontrolą i że działam tam, gdzie trzeba.

Ale kulminacja przyszła o jedenastej, nasze spotkanie zaplanowane sam na sam. Klasyk: raport ze statusu, projektu, co już zrobione, gdzie jesteśmy, co dalej – pełen repertuar. No i właśnie wtedy wyszło na jaw, że moja szefowa-klientka ma naprawdę specyficzne podejście do pracy: wymagania z kosmosu, ciągłe poprawki, łapanie za każde słówko, a na koniec jak w szkole: „proszę robić notatki, bo nie będę powtarzać”. Serio, więc siedzę, notuję, kiwam sporadycznie głową, uśmiecham się patrząc jej w oczy, a w myślach jedno: „o rety, babo jaka Ty jesteś kompletnie szurnięta”.

Po lunchu dostałem ciekawy „feedback” od kolegi z Rosji. Okazało się, że moja ulubiona szmatłoglowa szefowa wpadła do niego rozjuszona naskarżyć, że niby zadawałem pytania, na które odpowiedzi powinienem znać, że pytałem o ustalenia z lipca – a przecież lipiec był wieki temu i oczywista oczywistość powinienem mieć to wyryte w kamieniu. No i generalnie chodziło jej o to, że nie posiadam daru telepatii i nie czytam w jej myślach – prawdziwy dramat w tym Katarze.

A potem pogadałem jeszcze sam z moim kumplem, przesympatycznym Hiszpanem. Facet opowiada, że mieszka tu od czterech miesięcy, pracuje z tą samą szefową a został zatrudniony praktycznie po to, żeby przewidywać jej myśli zanim one w ogóle pojawią się w jej głowie. No więc ja nie wiem, czy to bardziej misja specjalna, czy kara od losu, brzmi jak praca dla jasnowidza z cyrku, ciekawe tylko, ile mu za tę wróżbiarską robotę płacą.

Nieznane's awatar

About saberblog

Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba. Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze? Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier. Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami. Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę. A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem. I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii praca i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 Responses to Dzień 4 – bliskie spotkanie

  1. salmiaki's awatar salmiaki pisze:

    Diabeł ubiera sie u Prady- podobno kręcą kolejną część- czy nie znalazłeś się na planie?

Dodaj komentarz