Rano pojechałem do biura, choć szczerze mówiąc nie miałem już za wiele do roboty, szmatogłowa nawet się nie pojawiła, więc nie było okazji się pożegnać. Do końca dnia czekałem, że może wpadnie chociaż na chwilę, ale to było złudne oczekiwanie – najwyraźniej nie miała najmniejszej ochoty, zniknęła tak, jak się pojawiła.
Odbębniłem swój ostatni lunch, a wieczorem planowałem jakieś zakupy i wtedy zadzwonił kolega z Kataru, rzutem na taśmę wyciągnął mnie na męskie wyjście do belgijskiego pubu – i całe szczęście! Poznałem kilku Polaków, pogadaliśmy, pośmialiśmy się, powspominaliśmy stare dobre czasy. Krótko, ale bardzo przyjemnie – już przed 21 byłem z powrotem w hotelu, bo musiałem się spakować i ruszać na lotnisko.
Trochę koledze wytknąłem, że wpadł z tym spotkaniem w absolutnie ostatniej chwili, bo miałem już wrażenie, że po tylu dniach nie znajdzie czasu na starego znajomego, na szczęście nie zawiódł. Z tego, co mówił, żyje mu się w Katarze świetnie i na razie nie planuje wracać do Polski. To samo usłyszałem od innych Polaków przy stole – rozumiem ich, choć sam nie wiem, czy miałbym ochotę aż tak zmieniać swoje życie i wpasowywać się w tutejsze realia.
Hiszpan z biura stwierdził, że na pewno tu jeszcze wrócę, ja sam takiej pewności nie miałem. Pożegnanie z nim wyszło dziwnie – wyszedł z pokoju, nie oglądałem się za siebie, chciałem zamknąć ten etap jak najszybciej. Na koniec usłyszałem jeszcze coś o spotkaniach w weekend, jakiejś prezentacji w niedzielę, ale nie wnikałem w szczegóły. Miałem tylko jeden plan: wrócić do Polski, spędzić weekend ze znajomymi i zapomnieć o tym całym katarskim epizodzie. Lot minął błyskawicznie, przesiadka w Monachium też bezproblemowa, a przed trzynastą byłem już w domu.

Witaj w domu! W „normalności” ;P
Bo wszędzie dobrze… ale w domu też dobrze. Witaj w kraju. 😀❤️
Prawda!😄