Dzień 28 – koniec przygody

Rano pojechałem do biura, choć szczerze mówiąc nie miałem już za wiele do roboty, szmatogłowa nawet się nie pojawiła, więc nie było okazji się pożegnać. Do końca dnia czekałem, że może wpadnie chociaż na chwilę, ale to było złudne oczekiwanie – najwyraźniej nie miała najmniejszej ochoty, zniknęła tak, jak się pojawiła.

Odbębniłem swój ostatni lunch, a wieczorem planowałem jakieś zakupy i wtedy zadzwonił kolega z Kataru, rzutem na taśmę wyciągnął mnie na męskie wyjście do belgijskiego pubu – i całe szczęście! Poznałem kilku Polaków, pogadaliśmy, pośmialiśmy się, powspominaliśmy stare dobre czasy. Krótko, ale bardzo przyjemnie – już przed 21 byłem z powrotem w hotelu, bo musiałem się spakować i ruszać na lotnisko.

Trochę koledze wytknąłem, że wpadł z tym spotkaniem w absolutnie ostatniej chwili, bo miałem już wrażenie, że po tylu dniach nie znajdzie czasu na starego znajomego, na szczęście nie zawiódł. Z tego, co mówił, żyje mu się w Katarze świetnie i na razie nie planuje wracać do Polski. To samo usłyszałem od innych Polaków przy stole – rozumiem ich, choć sam nie wiem, czy miałbym ochotę aż tak zmieniać swoje życie i wpasowywać się w tutejsze realia.

Hiszpan z biura stwierdził, że na pewno tu jeszcze wrócę, ja sam takiej pewności nie miałem. Pożegnanie z nim wyszło dziwnie – wyszedł z pokoju, nie oglądałem się za siebie, chciałem zamknąć ten etap jak najszybciej. Na koniec usłyszałem jeszcze coś o spotkaniach w weekend, jakiejś prezentacji w niedzielę, ale nie wnikałem w szczegóły. Miałem tylko jeden plan: wrócić do Polski, spędzić weekend ze znajomymi i zapomnieć o tym całym katarskim epizodzie. Lot minął błyskawicznie, przesiadka w Monachium też bezproblemowa, a przed trzynastą byłem już w domu.

Nieznane's awatar

About saberblog

sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, w czepku urodzony, z poukładanymi priorytetami, który podąża za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo w ten sposób obserwuję siebie i całą resztę. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym. To bardzo przyjemne uczucie, zrobić w życiu coś dla siebie, wbrew temu co mówią inni, co wypada, co należy albo trzeba. Czasem mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracować, dopiero co wyemigrował z Polski, rzucił pracę, wyruszył w podróż dokoła świata, odwiedził ponad 90 krajów. Innym razem łapię się za głowę, ile to już lat minęło, ile po drodze się wydarzyło. Czas jest fajną materią, taką bezkresną i niedotykalną. Fajnie obserwować emocje swoje i innych. Elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę systematycznie – to jedna z niewielu rzeczy, które w życiu robie naprawdę regularnie, bo zwykle na bakier u mnie z obowiązkowością. Czasem wracam do spraw np. sprzed roku i okazuje się, że gdy patrzę na tamten czas choćby z perspektywy dwunastu miesięcy, widzę, że był on naprawdę wypełniony. Myślę że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi życiowego „pionu”. A tak zawsze mogę spojrzeć na przeszłość z dystansu i zobaczyć czy udało mi się zrealizować swój zamierzony plan, zweryfikować gdzie popełniłem błędy albo po prostu pamiętać o tych wszystkich miłych wydarzeniach, których byłem uczestnikiem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii praca i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 Responses to Dzień 28 – koniec przygody

  1. agnecha's awatar agnecha pisze:

    Witaj w domu! W „normalności” ;P

  2. Lucia's awatar Lucia pisze:

    Bo wszędzie dobrze… ale w domu też dobrze. Witaj w kraju. 😀❤️

Dodaj odpowiedź do Lucia Anuluj pisanie odpowiedzi