„Spacerkiem” po Polanicy – czyli jak odzyskałem nogi po Katarze

Przez te kilka tygodni mojego pobytu w Katarze byliśmy w stałym kontakcie – wiadomo, telefony, Teamsy, wiadomości, IG, opowieści z pustyni. Ale, umówmy się, co innego gadać przez telefon, a co innego siedzieć razem przy butelce albo, nie oszukujmy się, przy kilku butelkach dobrego wina. Śmiechom nie było końca i pewnie siedzielibyśmy tak do rana, gdyby nie to, że następnego dnia mieliśmy ambitny plan – długą trasę turystyczną, którą ktoś uznał za „spacer”.

Nasz domek to była prawdziwa perełka na skraju lasu pośrodku niczego. Wokół przestrzeń – tylko dwa podobne domki, morze zieleni, konie pasące się na łąkach i słońce, które wlewało się przez okna prosto na nasz taras. W środku – drewno, wszędzie drewno, pachniało jak w luksusowej saunie, tylko bez gości w ręcznikach. Nasz marokański kolega od rana czarował w kuchni: najpierw aromatyczna kawa, herbata ze świeżej mięty, potem omlet tak pyszny, że komplementy lały się jak wino poprzedniego wieczoru.

Jak na nasz pierwszy wspólny wyjazd współpraca układała się jak marzenie. Ktoś sprzątał, ktoś nakrywał, ktoś mył naczynia, ktoś robił kanapki na drogę, zero spięć, zero dramatów, nawet do łazienki nikt nie musiał wystawać w kolejce.

Po kilku tygodniach jeżdżenia po Katarze Uberem bałem się, że zapomniałem, jak się chodzi. I wtedy przy śniadaniu mój kolega oznajmił z uśmiechem, że zaplanował nam trasę ponad 20 kilometrów. Na szczęście nie była to wspinaczka po Tatrach, ale wystarczająco z górkami, żeby zdobyć takie szczyty jak: Piekielna Góra, Ślepowron, Wysoki Kamień, Brzytwa i Garncarz i inne.

Mój jedyny wkład w planowanie trasy, był skromny, ale strategiczny: między 13:00-15:00 obowiązkowy lunch z zimnym piwem w restauracji.

Nieznane's awatar

About saberblog

sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, w czepku urodzony, z poukładanymi priorytetami, który podąża za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo w ten sposób obserwuję siebie i całą resztę. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym. To bardzo przyjemne uczucie, zrobić w życiu coś dla siebie, wbrew temu co mówią inni, co wypada, co należy albo trzeba. Czasem mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracować, dopiero co wyemigrował z Polski, rzucił pracę, wyruszył w podróż dokoła świata, odwiedził ponad 90 krajów. Innym razem łapię się za głowę, ile to już lat minęło, ile po drodze się wydarzyło. Czas jest fajną materią, taką bezkresną i niedotykalną. Fajnie obserwować emocje swoje i innych. Elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę systematycznie – to jedna z niewielu rzeczy, które w życiu robie naprawdę regularnie, bo zwykle na bakier u mnie z obowiązkowością. Czasem wracam do spraw np. sprzed roku i okazuje się, że gdy patrzę na tamten czas choćby z perspektywy dwunastu miesięcy, widzę, że był on naprawdę wypełniony. Myślę że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi życiowego „pionu”. A tak zawsze mogę spojrzeć na przeszłość z dystansu i zobaczyć czy udało mi się zrealizować swój zamierzony plan, zweryfikować gdzie popełniłem błędy albo po prostu pamiętać o tych wszystkich miłych wydarzeniach, których byłem uczestnikiem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Brak kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 Responses to „Spacerkiem” po Polanicy – czyli jak odzyskałem nogi po Katarze

  1. Krajobrazy na pewno inne niż w Katarze…

  2. pszczolkamaja's awatar pszczolkamaja pisze:

    Trochę mały ten wkład w planowanie, ale – skoro druga osoba jest w tym dobra (z opisu widać że to rudymentarna rzecz) to po co to psuć?