Burajda – Hail: Dzień 4 – dzień pełen piasku i wielbłądów

Muszę przyznać, że ludzie w grupie – niezależnie od wieku czy kraju pochodzenia – wykazali się niesamowitą dyscypliną, jeśli chodzi o punktualność. Nikt nie marudził, mimo że dzień wcześniej spędziliśmy długie godziny w autobusie. O 6:30 wszyscy stawili się na śniadaniu, a punkt 7:00 byliśmy już w drodze na największy targ wielbłądów w Arabii!

Choć nie była to sobota, kiedy podobno bywa tu prawdziwe piekło, i tak trudno było ogarnąć oczami cały ten chaos: setki wielbłądów chrapiących, ryczących i plujących w swoich zardzewiałych zagrodach, związanymi nogami, a między nimi mężczyźni z całego kraju, którzy w upale i pyle pakowali nowo nabyte zwierzęta na ciężarówki i przyczepy. W tle – dźwięk silników, nawoływań i piasku chrupiącego pod stopami. Pachniało wszystkim naraz: brudem, kurzem, zwierzęciem i handlem.

Podobno większość tych wielbłądów i tak kończy w rzeźniach, bo ich mięso to tutaj przysmak. Inne trafiają do mleczarni, a kilka szczęśliwców do szejków i milionerów, którzy kupują je na wyścigi. 

Trochę później odwiedziliśmy targ daktyli i tu z kolei zamiast ryczenia i kurzu – cisza, zapach słodyczy i kolory od głębokiego bursztynu po czekoladowy brąz. Nie miałem pojęcia, że daktyle mogą występować w tylu wersjach, od świeżych po dojrzałe, niektórych rodzajów nigdy przedtem na oczy nie widziałem. Przed południem opuściliśmy Buraidah i wyruszyliśmy w kolejną długą podróż do Hail.

Podróżując po kraju, musimy trzymać się zasad ubioru. Na szczęście dla mężczyzn to nie dramat – długie spodnie, najlepiej coś lekkiego. Kobiety mają trochę trudniej – ramiona i nogi muszą być zakryte, nic obcisłego przezroczystego a w Medynie wymagania są o wiele bardziej rygorystyczne. Odpadają krótkie spodenki, koszulki z wizerunkiem ludzi albo zwierząt, takie ciuchy lepiej zostawić je w hotelu, jeśli człowiek nie chce narazić się na ostre spojrzenia lokalnej społeczności.

Pod koniec dnia dotarliśmy do Jubbah, miejsca, które UNESCO wpisało na listę światowego dziedzictwa za prehistoryczne petroglify – wizerunki ludzi, zwierząt i scen polowań sprzed tysięcy lat. W ciszy, pośród skał, trudno nie poczuć dreszczyku – świadomość, że tysiące lat temu ktoś w tym samym miejscu rył w kamieniu swoje historie, działa lepiej niż jakakolwiek wystawa.

Wieczorem wróciliśmy do Hail. Część grupy poszła odpoczywać a inni – w tym ja – ruszyliśmy na kolację i lokalny souk.

Souk okazał się miejscem, które żyje własnym rytmem – pełnym dźwięków, zapachów i kolorów. W powietrzu unosił się aromat kardamonu i świeżo mielonej kawy, a wielu sprzedawców pomimo onieśmielenia turystami wciągało cię do swojego świata. Wystarczyło wejść w jedną z krętych uliczek, żeby przepaść dosłownie i w przenośni. Ręcznie robione noże, kadzidła, biżuteria, dywany, ubrania i daktyle – bezmiar zakupowy.

Podobało mi się, bo nie trzeba nawet nic kupować. Wystarczy stanąć czy usiąść z herbatą z miętą, czy innym sokiem, patrzeć na ludzi i pozwolić, żeby ten świat działał wokół ciebie.

W Hail czuć zupełnie inny klimat – suchy, gorący, jakby powietrze samo chciało cię przypiec. Wychodzisz z klimatyzowanego pomieszczenia i masz wrażenie, że w nozdrza wlewa się rozgrzane powietrze prosto z pieca, w ogóle nie ma tutaj nawet wiatru. 

Nieznane's awatar

About saberblog

sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, w czepku urodzony, z poukładanymi priorytetami, który podąża za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo w ten sposób obserwuję siebie i całą resztę. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym. To bardzo przyjemne uczucie, zrobić w życiu coś dla siebie, wbrew temu co mówią inni, co wypada, co należy albo trzeba. Czasem mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracować, dopiero co wyemigrował z Polski, rzucił pracę, wyruszył w podróż dokoła świata, odwiedził ponad 90 krajów. Innym razem łapię się za głowę, ile to już lat minęło, ile po drodze się wydarzyło. Czas jest fajną materią, taką bezkresną i niedotykalną. Fajnie obserwować emocje swoje i innych. Elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę systematycznie – to jedna z niewielu rzeczy, które w życiu robie naprawdę regularnie, bo zwykle na bakier u mnie z obowiązkowością. Czasem wracam do spraw np. sprzed roku i okazuje się, że gdy patrzę na tamten czas choćby z perspektywy dwunastu miesięcy, widzę, że był on naprawdę wypełniony. Myślę że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi życiowego „pionu”. A tak zawsze mogę spojrzeć na przeszłość z dystansu i zobaczyć czy udało mi się zrealizować swój zamierzony plan, zweryfikować gdzie popełniłem błędy albo po prostu pamiętać o tych wszystkich miłych wydarzeniach, których byłem uczestnikiem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii podróże i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 Responses to Burajda – Hail: Dzień 4 – dzień pełen piasku i wielbłądów

  1. pszczolkamaja's awatar pszczolkamaja pisze:

    Zdyscyplinowana grupa. Ale dla mnie pół godziny to ciut za mało na spokojne śniadanie.

Dodaj komentarz