Muszę przyznać, że ludzie w grupie – niezależnie od wieku czy kraju pochodzenia – wykazali się niesamowitą dyscypliną, jeśli chodzi o punktualność. Nikt nie marudził, mimo że dzień wcześniej spędziliśmy długie godziny w autobusie. O 6:30 wszyscy stawili się na śniadaniu, a punkt 7:00 byliśmy już w drodze na największy targ wielbłądów w Arabii!
Choć nie była to sobota, kiedy podobno bywa tu prawdziwe piekło, i tak trudno było ogarnąć oczami cały ten chaos: setki wielbłądów chrapiących, ryczących i plujących w swoich zardzewiałych zagrodach, związanymi nogami, a między nimi mężczyźni z całego kraju, którzy w upale i pyle pakowali nowo nabyte zwierzęta na ciężarówki i przyczepy. W tle – dźwięk silników, nawoływań i piasku chrupiącego pod stopami. Pachniało wszystkim naraz: brudem, kurzem, zwierzęciem i handlem.
Podobno większość tych wielbłądów i tak kończy w rzeźniach, bo ich mięso to tutaj przysmak. Inne trafiają do mleczarni, a kilka szczęśliwców do szejków i milionerów, którzy kupują je na wyścigi.
Trochę później odwiedziliśmy targ daktyli i tu z kolei zamiast ryczenia i kurzu – cisza, zapach słodyczy i kolory od głębokiego bursztynu po czekoladowy brąz. Nie miałem pojęcia, że daktyle mogą występować w tylu wersjach, od świeżych po dojrzałe, niektórych rodzajów nigdy przedtem na oczy nie widziałem. Przed południem opuściliśmy Buraidah i wyruszyliśmy w kolejną długą podróż do Hail.
Podróżując po kraju, musimy trzymać się zasad ubioru. Na szczęście dla mężczyzn to nie dramat – długie spodnie, najlepiej coś lekkiego. Kobiety mają trochę trudniej – ramiona i nogi muszą być zakryte, nic obcisłego przezroczystego a w Medynie wymagania są o wiele bardziej rygorystyczne. Odpadają krótkie spodenki, koszulki z wizerunkiem ludzi albo zwierząt, takie ciuchy lepiej zostawić je w hotelu, jeśli człowiek nie chce narazić się na ostre spojrzenia lokalnej społeczności.
Pod koniec dnia dotarliśmy do Jubbah, miejsca, które UNESCO wpisało na listę światowego dziedzictwa za prehistoryczne petroglify – wizerunki ludzi, zwierząt i scen polowań sprzed tysięcy lat. W ciszy, pośród skał, trudno nie poczuć dreszczyku – świadomość, że tysiące lat temu ktoś w tym samym miejscu rył w kamieniu swoje historie, działa lepiej niż jakakolwiek wystawa.
Wieczorem wróciliśmy do Hail. Część grupy poszła odpoczywać a inni – w tym ja – ruszyliśmy na kolację i lokalny souk.
Souk okazał się miejscem, które żyje własnym rytmem – pełnym dźwięków, zapachów i kolorów. W powietrzu unosił się aromat kardamonu i świeżo mielonej kawy, a wielu sprzedawców pomimo onieśmielenia turystami wciągało cię do swojego świata. Wystarczyło wejść w jedną z krętych uliczek, żeby przepaść dosłownie i w przenośni. Ręcznie robione noże, kadzidła, biżuteria, dywany, ubrania i daktyle – bezmiar zakupowy.
Podobało mi się, bo nie trzeba nawet nic kupować. Wystarczy stanąć czy usiąść z herbatą z miętą, czy innym sokiem, patrzeć na ludzi i pozwolić, żeby ten świat działał wokół ciebie.
W Hail czuć zupełnie inny klimat – suchy, gorący, jakby powietrze samo chciało cię przypiec. Wychodzisz z klimatyzowanego pomieszczenia i masz wrażenie, że w nozdrza wlewa się rozgrzane powietrze prosto z pieca, w ogóle nie ma tutaj nawet wiatru.














































Zdyscyplinowana grupa. Ale dla mnie pół godziny to ciut za mało na spokojne śniadanie.
Obawiam się że nie jakbyś wcale🤣