Cały dzień w drodze. Najpierw odwiedziliśmy Dedan, górę Ikma, położoną w pięknym pustynnym krajobrazie, swoistą największą „otwartą biblioteką” w Arabii Saudyjskiej, pełną starych tekstów wykutych w skalach. Miałem mały kryzys: brzydki widok, wszędzie piasek – pomyślałem, po chwili śmiejąc się z samego siebie. Trzeba być naprawdę genialnym, żeby na Półwyspie Arabskim spodziewać się dżungli. Zresztą, ledwie kilka dni temu zachwycałem się tą samą pustynią, nad którą teraz narzekam, może to zmęczenie, a może dziwne rozkojarzenie – w każdym razie trudno mi było wtedy myśleć trzeźwo.
Grupę mam naprawdę fajną. Dwie eleganckie Filipinki z Kalifornii, z którymi często robimy sobie wspólne zdjęcia i wspominamy Afganistan. Carter z Orlando – żołnierzyk z Walt Disney World, który ma takie samo poczucie humoru jak ja, obaj żałujemy, że pośród tych wszystkich pięknych krajobrazów nie możemy napić się lampki wina albo czegoś mocniejszego. Sympatyczny Malezyjczyk z Singapuru i Brytyjczyk z Londynu – trzymamy się razem, jak to w męskim towarzystwie. No i zawsze promiennie uśmiechnięta Niemka z Monachium, którą chętnie zapraszamy do naszego stolika, gdy wychodzimy na lunch czy kolację. Mamy też podstarzałego amanta z Australii, który w każdym odwiedzanym mieście próbuje umówić się na randkę z saudyjską kobietą poznaną w aplikacji randkowej. Wszyscy patrzymy na to z lekkim niedowierzaniem – i chyba jeszcze większą ciekawością, czy mu się w końcu uda.
Pod koniec dnia dojechaliśmy do Medyny a zmęczenie już dawno przestało być problemem.
Pojechaliśmy na kolację do eleganckiej libańskiej restauracji. Znalezienie jej zajęło nam chwilę, bo błądziliśmy po różnych wejściach do budynku, jakby lokal celowo ukryto przed głodnymi turystami. Ale gdy już trafiliśmy na miejsce, było warto. Jedzenie – pierwsza klasa, wzięliśmy zestawy meze dla czterech osób, wszystko aromatyczne, świeże, pachnące ziołami i ciepłym chlebem.
Byłoby idealnie, gdyby nie jeden szczegół: dzieci. To, co słyszałem o Arabii, okazało się w stu procentach prawdą – dzieci są tu święte, kzyczą, biegają, gubią buty, wchodzą pod stoliki, a rodzice tylko się uśmiechają. W Arabii Saudyjskiej dzieci mogą absolutnie wszystko.
Na zewnątrz restauracji, tuż obok stolików, znajdował się pokój – plac zabaw. W teorii – dla rodzin z dziećmi, w praktyce dla każdego, kto chciałby przekonać się, jak brzmi radość w skali decybeli nieosiągalnej dla dorosłego ucha.
Moje spostrzeżenie – Arabia Saudyjska to raj dla dzieci, ale niekoniecznie dla dorosłych, dla wielu przyjezdnych kraj wydaje się po prostu nudny. Brakuje tu klasycznych miejsc rozrywki – barów, klubów, muzyki na żywo, nawet kina i restauracje są raczej rodzinne niż towarzyskie. Dorośli spotykają się przy kolacjach, spacerują po centrach handlowych, ale trudno tu o spontaniczną zabawę czy nocne życie. Czasem odnosi się wrażenie, że cały kraj funkcjonuje w rytmie rodziny, a samotność – choć rzadka – bywa tu szczególnie głośna.




























Nie lubię dzieci. Możliwe, że kraj ten byłby po prostu nudny – tak jak piszesz.
Do której kategorii byś się zaliczył? Dzieciofob – facet, który woli kota od przedszkola. Wujek „no nie dotykaj tego”, Zakonnik ciszy domowej – jego świętością jest spokój, Mistrz ciszy i porządku – uważa, że LEGO na podłodze to forma tortur?
A można do każdej?