Hotel w Medynie zapamiętam na długo – głównie dlatego, że nie działało w nim absolutnie nic, co powinno działać. Klimatyzacja uparcie trzymała 20 kilka stopni, ale dmuchała gorącym powietrzem z taką mocą, że miałem wrażenie, jakbym spał w twarzą do grzejnika. Pokój sam w sobie był przestronny, ale każdy jego element zdawał się być testem cierpliwości. Z prysznica nieustannie przelewała się woda, zalewając łazienkę i połowę pokoju. Do tego drzwi umocowano tak niefortunnie blisko umywalki, że przy każdym myciu zębów samozamykacz walił mnie to w łokieć, to w głowę. Po kilku takich bolesnych akcjach przeklinałem tę fuszerkę z całym przekonaniem człowieka, który wie, że nie zasłużył na takie cierpienie.
Za to sama Medyna totalnie mnie zaskoczyła, spodziewałem się tradycyjnego miasta pielgrzymów, a trafiłem do nowoczesnej metropolii – pełnej hoteli, świateł, porządku i bezpieczeństwa. Tam, gdzie wznosi się główny meczet, wszystko lśni nowością i luksusem, choć nie wpuszczono nas na jego teren, nie przeszkadzało mi to wcale – obserwowanie tłumów pielgrzymów samo w sobie było fascynującym przeżyciem.
Kolebka Islamu – trzecia wielka religia, ale tutaj w wersji surowej, wymagającej, niemal ascetycznej. Widać to na każdym kroku – w zachowaniu ludzi, w ich strojach, w rytmie dnia podporządkowanym modlitwie.
Meczet Proroka w Medynie to prawdziwe serce miasta – drugi, jaki kiedykolwiek zbudował Mahomet i drugie najświętsze miejsce islamu. Z kolei meczet Quba, nieco skromniejszy, ale wyjątkowy, uznawany jest za pierwszy meczet na świecie, zbudowany dokładnie w dniu przybycia Proroka do Medyny.
Pogoda była iście piekielna – gorąco, sucho, bez cienia wiatru. Psikałem się non stop sprejem przeciwsłonecznym, bo choć pot się nie lał, czułem, jak moja skóra dosłownie się „gotuje”. Pod każdym z meczetów wzbudzaliśmy zainteresowanie tłumów – ludzie podchodzili, uśmiechali się, robili sobie z nami zdjęcia.
W jednej z wizyt musieliśmy się rozdzielić – mężczyźni wchodzili osobnym wejściem, a kobiety niestety nie zostały wpuszczone wcale. Później opowiadały, że panował tam totalny chaos i nic właściwie nie zobaczyły. Szczerze im współczułem – musiały chodzić w tych czarnych hidżabach jak ninje, pod którymi gotowały się z gorąca, ale zdjęcie tego stroju w miejscu publicznym oznaczałoby natychmiastową reprymendę albo przynajmniej serię nieprzyjemnych spojrzeń.
Muzeum Safiyyah zapamiętam głównie przez faceta, który opowiadał o islamie z takim zapałem, jakby zaraz miał unieść się w powietrzu. Zamiast mówić o tradycji, wartościach czy wierze, przedstawiał wszystko jak niepodważalne fakty, jakby sam brał udział w tworzeniu świata.
Po wizycie w muzeum pognaliśmy na stację, bo o 14:00 mieliśmy złapać superszybki pociąg do Dżuddy. Dworzec Medina zrobił na mnie ogromne wrażenie – ultranowoczesny, inspirowany zieloną kopułą Medyny, z połączeniem klasycznej islamskiej architektury i współczesnego designu. Pociąg wyglądał jak statek kosmiczny, pędził 300 km/h, a w środku było cicho, elegancko i zaskakująco komfortowo.
Niestety, sielanka skończyła się po dotarciu na miejsce – kierowcy autokarów nie dojechali. Zostaliśmy więc wysłani do jakiegoś olbrzymiego akwarium, by „zabić czas”, a potem wpakowano nas w taksówki. Na miejscu kierowcy nie chcieli oddać bagaży, tłumacząc coś pokrętnie i robiąc niepotrzebną awanturę, straciliśmy przez to mnóstwo czasu i nerwów.
Kiedy wreszcie dotarliśmy do starej części Dżuddy, było już po zachodzie słońca. Zwiedzanie Al-Balad – zabytkowego starego miasta, w nocy miało swój urok pt. chłodniejsze powietrze, światła lamp, cienie drewnianych balkonów, ale brakowało mi widoku tej architektury w dziennym słońcu.
Późnym wieczorem nasi przewodnicy zabrali nas na pożegnalną kolację do libańskiej restauracji, która bardziej przypominała fast food. Jedzenie było dziwne, mocno przyprawiony, zalany sosem eksperyment, ale nikt nie narzekał, bo organizatorzy postawili kolację w ramach przeprosin za ten chaotyczny dzień.
Jutro w południe opuszczamy Arabię Saudyjską i lecimy dalej do Kuwejtu. Część grupy leci z nami, część wraca do domów. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że ostatnie trzy dni były najlepsze z całej podróży, bo choć Rijad był potwornie nudny, to reszta kraju gorąca, chaotyczna i pełna kontrastów zostanie w pamięci na długo.








































Aż czuję to gorące powietrze…
Skwar potworny. Czekam aż wrócę i poczuje znowu ten nasz przeszywający wiaterek 😉