Lecąc do Bangkoku zastanawialem się jak chciałbym spędzić te kilka dni w stolicy Syjamu. Pomyślałem sobie, że tym razem chciałbym zobaczyć miejsca, których wcześniej nie widziałem. W internecie przypadkowo znalazłem aplikację do rezerwowania lokalnych wycieczek i – ku mojemu zaskoczeniu – poszło to całkiem sprawnie. Kilka kliknięć, rezerwacja na następny dzień, odbiór z hotelu, szybko, prosto i wygodnie.
Pan od wycieczki też mnie zaskoczył. Miał pojawić się o dziewiątej w hotelowym lobby, a tymczasem pół godziny wcześniej dostałem wiadomość, że już na mnie czeka. .
Jeśli chodzi o pływający targ, miałem wobec niego mieszane uczucia. Z jednej strony to coś, czego w Europie po prostu się nie zobaczy – łodzie pełne owoców, warzyw i najróżniejszych towarów, sprzedawcy nawołujący z wody, kolory i egzotyka. Z drugiej strony… dzikie tłumy turystów, nagabywanie z każdej strony i ogromna komercja. Wiem już, że raczej tam nie wrócę i pewnie nie będę nikogo specjalnie zachęcał do wizyty.















A jednak cieszę się, że tam pojechałem. W końcu wcześniej znałem to miejsce tylko z opowieści i z tych wszystkich kolorowych folderów biur podróży. Pamiętam zdjęcia: malownicze łódki uginające się od owoców, warzyw i pamiątek. Wszystko wyglądało tak bajecznie, egzotycznie. Zawsze wydawało mi się też, że taki targ jest gdzieś bardzo blisko Bangkoku – może nawet w samym centrum miasta. Rzeczywistość okazała się inna. Żeby tam dotrzeć, spędziliśmy w autobusie ponad godzinę.
Grupa była spora – wypełniliśmy cały autokar. Wśród turystów trafili się nawet jacyś Polacy, było też sporo Niemców, Hiszpanów i oczywiście wielu Azjatów.
Jednym z punktów wycieczki był Mae Klong Railway Market (Talad Rom Hup) – miejsce, które naprawdę trudno porównać z czymkolwiek innym. To jedno z najbardziej surrealistycznych doświadczeń w Tajlandii. Wyobraźcie sobie targ rozłożony… dokładnie na torach kolejowych.
Najbardziej niesamowity moment następuje, gdy zbliża się pociąg. Wystarczy dźwięk sygnału lokomotywy i nagle wszyscy sprzedawcy zaczynają działać jak dobrze zgrany zespół. W kilka sekund składają markizy, odsuwają kosze z towarem i robią miejsce dla nadjeżdżającego składu.
Pociąg przejeżdża dosłownie centymetry od stoisk z rybami, owocami i warzywami. Cały ten spektakl trwa może minutę. Potem pociąg znika za zakrętem, a targ w mgnieniu oka wraca do życia – markizy znów się rozkładają, kosze wracają na swoje miejsce, handel toczy się dalej. Co ciekawe, przez te wszystkie lata sprzedawcy nabrali takiej wprawy, że większość produktów nawet nie spada z tac.
W ciągu dnia pociąg przejeżdża tędy osiem razy – cztery razy w jedną stronę i cztery z powrotem. My przyjechaliśmy tam po południu, w sam środek największego upału, ale udało się zobaczyć jeden z przejazdów. I choć człowiek wie, że to atrakcja dla turystów, widok pociągu sunącego tak blisko stoisk naprawdę robi wrażenie.
Wieczorem wróciliśmy do Bangkoku. Postanowiłem wrócić do hotelu pieszo, co okazało się… średnio rozsądnym pomysłem. W pewnym momencie niemal się zgubiłem w gąszczu ulic. Estakady nad drogami i wzdłuż nich kompletnie mnie zdezorientowały. Nawigacja w telefonie też zaczęła wariować – pokazywała jedną drogę, a ja trafiałem gdzieś zupełnie indziej. Chodziłem, skręcałem, zawracałem, próbując zrozumieć, gdzie właściwie jestem. Najbardziej mylące było to, że w Bangkoku często nie wiadomo, czy idzie się górą czy dołem.
Takie małe błądzenie w wielkim mieście to w sumie też część kazdej mojej podróży.










Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.