Pierwsza noc po nocnym locie do Bangkoku była ciężka. Niby byłem zmęczony, a jednak nie mogłem zasnąć klasyczny jetlag, kręciłem się z boku na bok, aż w końcu zasnąłem prawie nad ranem tylko po to, żeby o szóstej wyrwać się z łóżka na dźwięk budzika i ruszyć na lotnisko.
Wolałem być wcześniej, spokojna odprawa, kontrola paszportowa, bagaż, wszystko bez pośpiechu. No i śniadanie a to było mi naprawdę potrzebne, bo w brzuchu burczało mi tak, że chyba słyszeli to inni pasażerowie. Postawiłem na miskę gorącego ramenu i to był bardzo dobry wybór.
W samolocie do Rangunu spałem już jak dziecko, mój organizm w końcu się poddał. Samolot był pełny, dostałem miejsce w 47. rzędzie, prawie na samym końcu, choć lubię siedzieć przy oknie, ale tym razem nie miało to większego znaczenia, bo i tak przespałem większość lotu.
Na miejscu wszystko poszło zaskakująco sprawnie. Procedura wizowo-paszportowa szybka, bez nerwów, zupełnie nie czułem, że przylatuję do kraju, który uchodzi za trudno dostępny. Jedyna różnica? Byłem jednym z nielicznych zachodnich turystów, wokół sami Birmańczycy i Tajowie.
Na lotnisku czekał już mój lokalny przewodnik. Sympatyczny, starszy pan, z charakterystyczną srebrną „jedynką” w ustach i nieodłącznym betelem, który żuł bez przerwy. Uśmiechał się często, tak szczerze i serdecznie. A mnie za każdym razem przechodził lekki dreszcz obrzydzenia, bo betel zostawia na zębach i ślinie intensywnie czerwony ślad a plucie na chodnik jest w tym kraju zupełnie normalne.
Nie było bardzo gorąco, co przyjąłem z ulgą. Najpierw ruszyliśmy w stronę centrum wymienić pieniądze i zobaczyć kolonialne budynki, pozostałości po brytyjskim imperium, trochę nostalgii zaklętej w odpadających tynkach i balkonach z kutego żelaza. Potem odwiedziliśmy ogromnego, leżącego Buddę – naprawdę robi wrażenie swoją skalą.
Po południu wróciłem do hotelu Summit Parkview. Położyłem się na pół godziny, żeby złapać oddech. Zszedłem coś zjeść i to był moment, który zapamiętam na długo: w pewnej chwili coś spadło mi z talerza, pomyślałem: groszek. Odruchowo chciałem go złapać. A to nie był groszek. To był karaluch.






















Zjadłeś resztę tego co było na talerzu?!
No a co mialo sie zmarnować?!
No coś Ty, wywaliłem wszystko 😂😂😂
ufff