W drodze do Mandalay zatrzymaliśmy się na wczesny lunch w Myingyan. Już po chwili podeszła do mnie bardzo miła kobieta, która z ogromnym zaangażowaniem próbowała namówić mnie, żebym wpadł na wesele jej dziecka. Po ich strojach widać było, że nie należą do biednych, a ja – w porównaniu z nimi – wyglądałem jak typowy, trochę zagubiony turysta z plecakiem. I właśnie wtedy po raz pierwszy naprawdę poczułem, czym jest birmańska życzliwość. Taka zupełnie szczera: otwartość, dobroć i radość z życia, która nie potrzebuje wielkich słów.
W Birmie przede wszystkim widać uśmiechy. Najczęściej nieśmiałe. Czasem zapraszające do rozmowy, ale zazwyczaj – z powodu bariery językowej – po prostu witające mnie w ich kraju. Najbardziej w tej sztuce przodują dzieci. Te, które pomagają rodzicom przy ulicznych straganach i małych garkuchniach, i te, które całe dnie spędzają na ulicy. Wszystkie się uśmiechają. A ja odruchowo odwzajemniam ten uśmiech i nagle czuję, jak dzień staje się lżejszy.
Jedna rzecz szczególnie zwróciła moją uwagę wśród obnośnych sprzedawców. Prawie nikt nie próbował mnie nachalnie namawiać do zakupów i nikt nie proponował „spotkania później”, jak to bywa w wielu turystycznych miejscach świata. Wielu Birmańczykom, których spotykałem, wystarczała po prostu chwila rozmowy. Krótkie towarzystwo i czasem zdjęcie, które zostanie na pamiątkę naszego przypadkowego spotkania.
Sam wjazd do Mandalay potrafi trochę zdezorientować. Nagle piaszczysta, wyboista droga zmienia się w asfalt, ruch gęstnieje, a przy drodze pojawia się coraz więcej zabudowań. Miasto powoli zaczyna pulsować własnym rytmem. Mandalay to drugie co do wielkości miasto Birmy, ale wciąż ma w sobie coś z prowincji. Po ulicach spaceruje bydło, a przy wielu głównych drogach próżno szukać chodników. Po zmroku lepiej zresztą nie chodzić poboczem – brak oświetlenia sprawia, że łatwo skręcić nogę w jednej z licznych dziur przy drodze. Na mapie miasto wygląda zachęcająco, ulice biegną równolegle i prostopadle do siebie, jakby zapraszały do długich spacerów, w praktyce jednak chaotyczny i intensywny ruch uliczny szybko weryfikuje te plany.
Atrakcji w Mandalay nie brakuje, ale jedną z rzeczy, które najbardziej zapadły mi w pamięć, było coś bardzo prostego – zniknięcie w tłumie ludzi na słynnym moście U-Bein i obserwowanie zachodu słońca nad wodą. U-Bein to jeden z najbardziej rozpoznawalnych widoków Birmy. Drewniany most z drewna tekowego ciągnie się przez blisko 1200 metrów nad jeziorem Taungthaman. Przez cały dzień jest tu sporo ludzi, ale dopiero o zmierzchu most naprawdę ożywa. Na spokojnej tafli wody krążą rybacy. Mnisi w bordowych szatach przechodzą z jednego końca na drugi. Mieszkańcy wracają z pracy, przejeżdżając most rowerami z brzegu na brzeg. Polubiłem stać trochę z boku i po prostu patrzeć. Obserwować świat, którego nigdy nie będę częścią, a który potrafił wywołać u mnie jednocześnie szeroki uśmiech i dziecięce zdumienie. Co ciekawe, most nie ma żadnych barierek. Spacerując po nim, trzeba uważać – jeden nieostrożny krok i można spaść z wysokości prosto do wody.

























Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.