Kobieta, która zniknęła chwilę po moim zatrudnieniu, nagle wróciła i dokładnie tak, jak można było się spodziewać przewróciła cały świat naszej pracy do góry nogami. Zasady, role i podział obowiązków, które przez ten czas zdążyliśmy sobie spokojnie poukładać w zespole, nagle przestały mieć znaczenie – wszystko trzeba układać od nowa.
Najdziwniejsze jest chyba to, że przez cały ten czas żyłem w przekonaniu, że ona już nigdy nie wróci a teraz mam wrażenie, jakby wraz z jej pojawieniem się przyszła zupełnie nowa władza.
Choć taki obrót spraw potrafi mnie zmęczyć, muszę też uczciwie przyznać, że zrobiła dla mnie kilka rzeczy, których kompletnie się nie spodziewałem. Bez problemu zgodziła się na mój udział w egzaminie i warsztatach z zarządzania zmianą. Co więcej zawalczyła o to, żebym nie musiał brać na to urlopu. Dzięki jej wstawiennictwu i determinacji uznano to za czas przeznaczony na rozwój zawodowy. Załatwiła mi nawet dofinansowanie czym naprawdę mnie zaskoczyła.
Problem w tym, że każdego dnia dostaję zupełnie inne polecenia od niej i inne od dyrektora. Widać gołym okiem, że ta dwójka za sobą nie przepada, a ja znalazłem się dokładnie pomiędzy nimi. Coraz bardziej czuję, jakbym funkcjonował w dwóch różnych rzeczywistościach naraz próbując spełniać oczekiwania dwóch przełożonych, którzy patrzą na wszystko w całkowicie odmienny sposób.
Nie chcę narzekać ani robić z siebie ofiary, ale widzę po sobie, jak bardzo męczy mi to głowę. Człowiek zaczyna mieć rozdwojenie jaźni i uczy się funkcjonować na dwóch torach jednocześnie.
Złości mnie, że mój okres próbny potrwa kolejne trzy miesiące i jeszcze przez jakiś czas będę musiał odnaleźć się w tym całym chaosie, ale jednocześnie wiem, że ucieczka niczego nie rozwiąże. Nie chcę co chwilę zmieniać pracy, przełożonych i obrażać się na świat tylko dlatego, że trafia się na trudnych ludzi. Po prostu uczę się przyjmować rzeczywistość taką, jaka jest razem z całym jej bałaganem.
