Są takie wieczory, których nie da się zaplanować. Można ustalić godzinę, miejsce, kupić prezent, przynieść butelkę wina, ale najważniejszego elementu nie da się zamówić ani przygotować. Nie da się zaplanować atmosfery. Nie da się przewidzieć, że zwykłe spotkanie znajomych zamieni się w jedno z tych wspomnień, które zostają z człowiekiem na długo.
Tak właśnie było z marokańskim wieczorem u A. z naszej grupy biurowych spiskowców.
Do dziś nie wiem, co sprawiło, że postanowił zaprosić znajomych do swojego domu. Może chciał po prostu podzielić się kawałkiem swojego świata. Może brakowało mu smaku rodzinnego domu, zapachu kuchni, przy której dorastał, albo zwyczajnie chciał pokazać nam, że gościnność to coś więcej niż postawienie na stole kilku przekąsek.
Jedno było pewne – potraktował to bardzo poważnie. Zapowiedział, że ugotuje dla nas swoje lokalne specjały i ugości nas po marokańsku. My mieliśmy tylko przyjść i pozwolić mu zrobić resztę.
Zaproszenia wysłał z dużym wyprzedzeniem, licząc na to, że pojawią się dokładnie te osoby, które chciał zaprosić. Jak to jednak w życiu bywa, nie każdy miał czas, nie każdy mógł przyjść, część osób była na urlopach, więc skład gości trochę się zmieniał. Jedyną ekipą, na którą można było liczyć od samego początku, była nasza grupa biurowych spiskowców. Gdy tylko pojawiła się informacja, że A organizuje imprezę, wszyscy niemal od razu zadeklarowaliśmy swoją obecność.
W sobotni wieczór, chwilę po osiemnastej, pojawiłem się pod jego blokiem. Po wejściu do mieszkania od razu było wiadomo, że to nie będzie zwykłe spotkanie. Byli tam nie tylko moi biurowi spiskowcy, ale również ludzie, których znałem jeszcze z dawnej pracy. Przy jednym stole spotkali się ludzie z różnych momentów mojego życia zawodowego.
A stół sam w sobie był osobną historią. Ilość jedzenia była wręcz niewiarygodna. Marokańskie specjały, dania mięsne, wegetariańskie, słone, słodkie, smażone, pieczone, gotowane. Wszystko przygotowane z ogromną starannością.
Patrzyłem na to i pomyślałem sobie, że jedzenie często mówi więcej o człowieku niż tysiąc słów, bo kiedy ktoś gotuje dla innych przez wiele godzin, kiedy przygotowuje tyle różnych potraw, to nie chodzi już tylko o jedzenie. To jest sposób powiedzenia: „Cieszę się, że jesteście”.
Oczywiście nikt długo nie wytrzymał z podziwianiem stołu. Ludzie zaczęli nakładać sobie kolejne porcje, próbować nowych smaków i zachwycać się tym, co przygotował nasz gospodarz.
Wieczór płynął niezwykle przyjemnie, było dużo śmiechu, w telewizji trwał mecz Maroko–Kanada. Była też niespodzianka, którą przygotowaliśmy dla naszego kolegi obchodzącego tego dnia urodziny.
W pewnym momencie odkryliśmy też, że u mojego marokańskiego kolegi można wyjść na dach. I właśnie ten dach okazał się jednym z najpiękniejszych elementów całego wieczoru.
Z góry rozciągał się niesamowity widok na Wrocław, a przede wszystkim na Sky Tower. Miasto nocą wyglądało zupełnie inaczej. Każdy, kto wychodził zapalić papierosa, trafiał właśnie tam, ale szybko okazało się, że nie trzeba palić, żeby chcieć tam być. Bo czasami człowiek po prostu chce zatrzymać się na chwilę i popatrzeć.
Nasza impreza zaczęła więc żyć między mieszkaniem a dachem, między rozmowami przy stole a chwilami ciszy z widokiem na miasto.
Kiedy pojawił się solenizant, kilka osób niby przypadkiem wyszło z nim na dach. Kilku z nas przebrało się wcześniej w marokańskie stroje, które A miał w domu. I wtedy wydarzyło się coś prostego, ale wyjątkowego. Zaśpiewaliśmy mu „Sto lat”. Na dachu. W nocy. Z panoramą Wrocławia w tle.
Są momenty, które nie potrzebują wielkiej oprawy, wystarczy odpowiednie miejsce, właściwi ludzie i chwila, która po prostu się wydarza.
Wręczyłem mu upominek butelkę szampana będącą ciekawostką — wyprodukowanego w Wielkiej Brytanii metodą szampańską. Nie z Francji, nie z Włoch, ale właśnie stamtąd. Prawdziwy biały kruk, znaleziony tego samego dnia w specjalistycznym sklepie u zaprzyjaźnionego dostawcy win.
Było w tym spotkaniu coś niezwykle rzadkiego, coś, czego nie da się wymusić. Ludzie, którzy kiedyś po prostu pracowali razem w jednym biurze, nagle okazali się grupą osób, które lubią przebywać w swoim towarzystwie, bez udawania, bez obowiązku, bez służbowych masek.
Rok temu, podczas wyjazdu do Polanicy, oglądaliśmy razem „Magię na gości”. Tym razem padło na inny, równie absurdalny program – „Kobiety giganty i mężczyźni karły”. Był to jakiś amerykański format, momentami wręcz niewiarygodnie głupi, ale właśnie przez tę absurdalność nie mogliśmy oderwać wzroku. Śmialiśmy się z tego, jak dziwne rzeczy potrafią powstawać i trafiać do telewizji. Z drugiej strony – skoro takie programy są emitowane, to znaczy, że ktoś je jednak ogląda.
Za kilka lat prawdopodobnie nie będziemy pamiętać dokładnie, co było w telewizji, ale będziemy pamiętać, że siedzieliśmy razem i że śmialiśmy się do późna, że ktoś ugotował dla nas kolację, że staliśmy na dachu i patrzyliśmy na Wrocław.
Na koniec dostałem jeszcze od A jedzenie, którego nie udało się wszystkim zjeść i dzięki temu niedzielny obiad miałem właściwie załatwiony.
Czasami brakuje mi starej firmy, brakuje mi tamtych ludzi i tamtego czasu, ale jednocześnie cieszę się, że nasze drogi nie rozeszły się całkowicie.
Z moją ekipą biurowych spiskowców nadal się spotykamy, rozmawiamy, nadal potrafimy razem spędzać czas, zdarza mi się nawet wyjeżdżać na weekendy. Nie idealizuję tego, może po prostu czasami dopada mnie sentymentalna refleksja. Chyba dopiero z perspektywy czasu człowiek zaczyna rozumieć wartość takich znajomości, bo każdy z nas jest inny. Mamy różne charaktery, różne historie, różne spojrzenia na świat, jesteśmy na różnych etapach życia a jednak coś nas połączyło. Może właśnie dlatego, że nie jesteśmy tacy sami.
Najfajniejsze rzeczy często dzieją się przypadkiem. Przypadkowi ludzie spotykają się w przypadkowym miejscu i nagle okazuje się, że między nimi pojawia się coś wyjątkowego. Nie zawsze trzeba mieć wspólne pochodzenie, podobny charakter czy takie same poglądy. Czasami wystarczy odrobina otwartości, trochę śmiechu i chęć bycia razem. A potem pewnego dnia człowiek stoi na dachu starego bloku, patrzy na światła miasta i myśli sobie: „Dobrze, że ich spotkałem”.










Ależ wspaniale się to czyta! Jak najwięcej takich momentów z takimi ludźmi 🙂