Decyzja o wzięciu wolnego w zeszły piątek uruchomiła całą lawinę wydarzeń, której kompletnie się nie spodziewałem. Wydawało mi się, że zrobiłem wszystko zgodnie z zasadami kodeksu pracy. Wysłałem mail do szefowej, dodatkowo napisałem sms-a, że tego dnia nie będzie mnie w biurze. Nie wdawałem się w tłumaczenia ani nie szukałem wymówek – po prostu poinformowałem, że korzystam z urlopu na żądanie. Dopiero w niedzielę późnym popołudniem przeczytałem odpowiedź na maila i dowiedziałem się, że wcześniej nie zgłaszałem potrzeby wolnego i że nawet urlop na żądanie wymaga zgody przełożonej i przyznam, że mocno mnie to zaskoczyło.
Do rozmowy włączyłem HR. Wyjaśniłem, że oprócz maila wysłałem również wiadomość sms, ale statecznie usłyszałem, że szefowa nigdy nie czyta sms-ów wysyłanych na numer telefonu podany w stopce jej maila. Trudno było mi to nawet skomentować.
W poniedziałek rano, chcąc mieć wszystko dopięte formalnie, złożyłem w systemie oficjalny wniosek o urlop na żądanie. Przez kilka dni nie było żadnej reakcji, a gdy odpowiedź w końcu przyszła, przeczytałem, że sam wniosek jest sprawą wtórną i w tym momencie naprawdę opadła mi szczęka.
Jeszcze tego samego dnia przy porannej kawie zagadnęła mnie szefowa HR. Zapytała, czy mam jakieś problemy z wnioskami urlopowymi a ja aśmiechnąłem się tylko i odpowiedziałem, że sam już nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi. Po starej znajomości zaprosiła mnie na krótkie spotkanie, przyznała, że z jej perspektywy zrobiłem wszystko zgodnie z procedurami, choć formalnie zgoda przełożonej rzeczywiście jest konieczna. Uznała jednak, że to zapewne zwykłe nieporozumienie i zaproponowała wyjaśnić sprawę bezpośrednio z szefową podczas spotkania jeden na jeden.
Skoro już rozmawialiśmy, wspomniałem jeszcze o czymś, co od dawna chodziło mi po głowie. Kończył się mój sześciomiesięczny okres próbny, a ja nadal nie wiedziałem, czy firma zamierza przedłużyć ze mną umowę. Jej dpowiedź była prosta: powinienem porozmawiać o tym bezpośrednio z szefową.
Nie musiałem długo czekać, bo jeszcze tego samego dnia zostałem zaproszony na spotkanie. Dowiedziałem się, że umowa zostanie mi przedłużona, ale ponownie na sześć miesięcy… Uzasadnienie i argumenty kompletnie mnie nie przekonały, usłyszałem, że potrzebuję więcej czasu, żeby lepiej poznać firmę, kulturę organizacyjną, ludzi, z którymi pracuję, swój zespół i sposób działania organizacji. Potem zrobiło się jeszcze ciekawiej. Dowiedziałem się, że jestem… zbyt miły, że brakuje mi sprawczości, że za bardzo zagłębiam się w szczegóły projektów, a jednocześnie sprawiam wrażenie osoby, która ich do końca nie rozumie i że powinienem bardziej zwracać uwagę na detale.
Im dłużej tego słuchałem, tym mniej to wszystko miało dla mnie jakikolwiek sens, poprosiłem o konkretne przykłady, ale zamiast nich usłyszałem potok ogólników, z których niewiele wynikało. Kiedy przyszła kolej na moją opinię, powiedziałem szczerze, że choć firma od początku sprawiała wrażenie organizacyjnego chaosu, wiecznej partyzantki, wiedziałem, na co się decyduję. Natomiast brak obiecanej umowy na czas nieokreślony po sześciu miesiącach bardzo mocno pokrzyżował moje plany zarówno zawodowe, jak i prywatne. Powiedziałem też wprost, że jeśli przez pół roku nie udało mi się zrozumieć specyfiki tej dziwnej organizacji, to trudno uwierzyć, że kolejne sześć miesięcy nagle wszystko zmieni. Coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że problem nie leży w mojej pracy, tylko w osobistym nastawieniu mojej przełożonej, jej ocena była subiektywna, a sama decyzja wydawała się bardziej personalna niż merytoryczna.
Cała sytuacja ma jeszcze jeden wymiar, bo w lutym planuję trzytygodniowy wyjazd na Karaiby. Dziś jestem niemal pewien, że jeśli złożę wniosek urlopowy w styczniu, zostanie odrzucony a nawet jeśli nie, to z tyłu głowy i tak będę miał myśl, że po powrocie mogę zostać bez pracy. Na takie ryzyko zwyczajnie nie mogę sobie pozwolić.
Po spotkaniu wyszedłem wściekły, targały mną ogromne emocje i przez chwilę miałem w głowie najgorsze, impulsywne scenariusze. Wyszedłem wkurwiony, miałem ochotę złapać ja za włosy i uderzyć głową o blat biurka. Z czasem emocje opadły i zamiast działać pod wpływem złości, zacząłem zastanawiać się, co dalej.
Przez kilka kolejnych dni chodziło mi po głowie, żeby pójść do dyrektora, opowiedzieć mu całą historię, pokazać, że nie tak się umawialiśmy, zebrać feedback od współpracowników i udowodnić, że moja praca jest doceniana. Rozważałem nawet opublikowanie wpisu na linkedin z informacją, że zaczynam szukać nowego miejsca, bo nie chcę dłużej funkcjonować w organizacji, w której decyzje wydają się zależeć bardziej od humoru przełożonych niż od faktów. Ostatecznie odpuściłem. Skoro przez cały ten czas nikt nie zareagował na sposób zarządzania mojej szefowej, to znaczy, że firma go akceptuje a zbieranie opinii od współpracowników również odłożyłem na później – mogę zrobić to w każdej chwili.
Dziś wiem jedno. Muszę przestawić swoje zawodowe priorytety i zamiast zastanawiać się, jak rozwijać się w obecnej firmie, lepiej skupić się na znalezieniu miejsca, w którym zaufanie, komunikacja i wzajemny szacunek są mniej pustymi hasłami. Łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić…


Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.