Pobudka. 8 rano. Wstaję, gole się, ubieram i schodzę na śniadanie.
Pierwszy szok – w lobby są tłumy ludzi, wszystkie sofy, kanapy i fotele są pozajmowane, przy recepcji i windach tłoczą się masy ludzi. Wszyscy się przekrzykują, słychać odgłosy rozmów i śmiech.
Kieruję się do sali restauracyjnej i znów szok. Nie mogę znaleźć choćby jednego wolnego stolika, wszystkie są okupowane. Szybkim spojrzeniem próbuję zlokalizować kogoś z obsługi – niestety nie dostrzegam nikogo.
Zrezygnowany wracam do pokoju. Decyduję się zejść na śniadanie za 30-40 minut, kiedy sala nieco opustoszeje.
O 10 zjeżdżam windą. Ludzi jakby mniej, ale stolików wciąż brak albo brakuje przy nich czystych nakryć.
Postanawiam dosiąść się do E. i K.. Nie jest nam za wygodnie, bo stolik jest 2 osobowy, ale przy najmniej jest na nim czysto. Niestety nie mam nakrycia. Załatwiam sobie talerz oraz serwetkę i ruszam po coś do jedzenia. Okazuje się, że wędlin i serów już nie ma. Klnę cicho pod nosem. Ostatnie 2 tosty lądują na moim talerzu. Ideę po sztuce, ale dostaję tylko widelec – nawet czysty, noże i łyżki wyszły. Mam ochotę napis się kawy, ale brakuje dla mnie filiżanki.
E. zdobywa dla nas jeden widelec i łyżeczkę, mamy niewiarygodne szczęście, bo przy naszym stoliku jest już sól i cukier. Mamy 3 talerze, 2 widelce, jeden nóż i łyżeczkę. Chcę nalać sobie soku, ale załapuję się tyko na jakieś fusy na dnie.
Gdy przynoszą wędliny i ser razem z E. dzielimy się na jednoosobowe zespoły i stajemy w obu kolejkach. Przypadkiem udaje mi się zdobyć filiżanki do kawy.
Triumfalnie wracam do stolika, ale na dzbanek z kawą musimy wciąż czekać.
Nagle E. dostrzega, że uzupełnili dzbanki z sokami. Biegnę, ale okazuje się, że teraz brakuje szklanek. Właściwie jest jedna, ale brudna – nawet bez patrzenia pod światło widać, że cała jest w paluchach. Rezygnuję z niej a w ułamku sekundy znajduje się inny chętny. Znów wkurw.
Pani wreszcie przynosi nam do stolika kawę. Jakiś przygłup sprzątnął nam jednak w międzyczasie nasze filiżanki, więc nie mogę się napić. Powoli zaczynam się gotować w środku. Przecież mówiłem K. żeby pilnowała naszych rzeczy, gdy my oboje z E. walczymy o pokarm. Niespodziewanie podchodzi do nas D. Ona ma swoja filiżankę, ale nie może doprosić się kawy. Pyta czy może nalać sobie naszej. Zaraz po niej przychodzi M – kolega tej, co ma filiżankę i prosi o to samo. Niechętnie aczkolwiek zgadzam się. Potem chuj mnie trafia i zasłaniam dzbanek przed innymi osobami. Nie oddam kurwa.
Znów rzucają wędliny, ser, nawet pomidory. Niestety nie załapujemy się. Na szwedzkim stole nie zostaje już nic: ani wędlin, ani sera, ani jogurtów, patera z owocami została przez kogoś doszczętnie splądrowana, w piecyku zostało coś, co było kiedyś jajecznicą – walają się tylko spalone kawałki tostów i napoczęte masło. Kątem oka dostrzegam kukurydziane płatki i serce zaczyna mi mocniej bić. Niestety radość nie trwa długo – nie ma misek ani głębokich talerzy. Znów trafia mnie szlag.
Od czasu do czasu odchodzę od stolika, ale nie spuszczam go z oka w obawie przed splądrowaniem tego, co udało nam się zdobyć. Na podłodze, między stołem a innymi stolikami dostrzegam soczysty plasterek wędliny. Snuję plan jak dyskretnie sprawić by znalazł się on na moim talerzu.
E. sugeruje mi, żebym niechcąco w niego wdepnął, przyklei mi się wówczas do podeszwy buta a w zaciszu własnego pokoju będę mógł spokojnie go sobie zeskrobać przy pomocy szczoteczki do zębów tudzież pilniczka do paznokci.
Śniadania w Novotelu przypominają czasem prawdziwe pole walki.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.