”Zdajesz się być pochłonięty tworzeniem świata, do którego nie zdoła przeniknąć żadne zagrożenie z zewnątrz, rozwijasz w sposób przesadny mechanizmy obronne wobec obcych ludzi, nieznanych miejsc i nowych doświadczeń. Boisz się, że spotka cię gorycz, że stracisz chęć do czegokolwiek i z czasem nie będziesz w stanie wyjść ze swego wiata, bo zużyjesz zapasy energii na zbudowanie wysokich murów broniących dostępu do twojej upragnionej rzeczywistości. Ograniczysz również swój rozwój wewnętrzny. Będziesz chodził do pracy, na kurs jeden, drugi, oglądał filmy, czytał książki, narzekał, spotykał znajomych, ale wszystko to będzie działo się automatycznie i bez większych emocji, bo wszystko będziesz miał pod kontrolą.”
Uporczywie próbuję wmówić sobie, że wszystko jest w najlepszym porządku, że takie życie jest najlepsze, bo wreszcie nie mam dołów. Chcę walczyć o sens, o swoje szczęście, bo szczęście dla mnie to działanie, a mniej posiadanie.
Zaczynam dostrzegać pierwsze wady takiego stylu życia. Są momenty, gdy wali się mój wspaniały plan zorganizowania wszystkiego, wypełnienia tygodnia zajęciami, znajomymi i pracą..
W piątek po włoskim i angielskim wychodzę sfrustrowany, że znowu się nie wyśpię, bo wcześnie rano pojadę na siłownię. W niedzielę myślę o tym, co muszę zrobić w przyszłym tygodniu w pracy. Po wyjściu z biura, gdy mam spotkać się nawet z najbliższymi mi osobami nakręcam się negatywnie, bo zmuszam się by tam iść. Mam ochotę kazać ludziom spierdalać i zamiast pić 10. filiżankę kawy położyć się na kanapie albo robić coś w ciszy i spokoju, pobyć sam ze sobą….
Ilekroć zaczynam myśleć o M. takimi kategoriami budzi się we mnie uczucie frustracji, bo wiem, że na takie uczucia wobec niej pozwolić sobie nie mogę. Gdybym o tym zapomniał wiem, że ona będzie potrafiła sprowadzić mnie na właściwy tor.
W piątek na sama myśl o tym, że wieczorem wypada wpaść do S&K dostawałem ścisku w żołądku. Od rana wisiałem na telefonie z M., w drodze do pracy kilka razy zmieniałem zdanie czy do nich iść czy lepiej skłamać i wrócić do domu.
Ostatecznie decyzję pomogła podjąć mi M. Efekt był taki, że oboje spędziliśmy naprawdę bardzo udany wieczór.
Niewiele jest osób, przy których wypoczywam, mógłbym policzyć wszystkie na palcach jednej ręki.
Widziałem się w środę z K. W biegu – ona wracała z zajęć a ja z włoskiego O 20.00 spotkaliśmy się w GayPlanet by pogadać bo dawno się nie widzieliśmy. Chciałem się rozerwać, a jej towarzystwo wydawało mi się najwłaściwszym sposobem by wprawić się w odpowiedni nastrój.
Zamówiłem drinki, od początku K. co 10 min nerwowo spoglądała na zegarek, chciała mnie wyciągnąć w inne miejsce, do znajomych, na balety do klubu, zarzuciła mi że „odstaję od grupy” bo unikam spotkań, bo nie chodzę na piwo codziennie, na balety w środku tygodnia (to już w ogóle byłaby abstrakcja!!!!), nie planuję z nimi andrzejek ani sylwestra ani wspólnego wyjazdu wypoczynkowego. Przez cały czas jej wywodów zastanawiałem się „a co to jest kurwa wypoczynek”???
Na życie od knajpy do knajpy, w markowych ciuchach, drogich bajerach, w towarzystwie pseudo znajomych, którzy niczego nie wnoszą do mojego życia szkoda mi czasu.
Chodzę do fajnej pracy, ale czasem brakuje mi ameryki. Brakuje mi dobrego nastroju ludzi.
Nawet, jeśli czasem są to bzdury w rodzaju: jak się masz? świetnie, a ty? miłego dnia!
Bo Polacy potrafią być tacy humorzaści…
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.