Byłem dziś na spotkaniu bezpośrednio po którym wiele sobie obiecywałem.
Po okresie niepowodzeń wreszcie miało coś drgnąć, zmienić się na lepsze, miały pojawić się konkrety a nie mrzonki i puste obietnice.
Po to uruchomiłem znajomości, żeby w jakiś sposób pomóc szczęściu.
A jednak wychodząc z pokoju miałem wrażenie, że to niefortunne spotkanie zaważy na podjęciu ostatecznej decyzji, raczej przekreśli to, co miało się zdarzyć. Sytuacja była dziwnie groteskowa, jeszcze rano się z niej śmiałem, stopniowo jednak coraz mniej mi do śmiechu.
Mój brat kpił dziś ze mnie, że niepotrzebnie tylko panikuję, użył określenia że nie gorzej niż A. co by znaczyło że jota w jotę jesteśmy do siebie podobni tworząc czarne scenariusze przyszłych zdarzeń.
Wieczór spędziłem w Celticu przy piwie.
Udało mi się znów wpaść na W. na gg.
Po tym co mi opowiedziała o swoich życiu w LA, planach, pomysłach i rozterkach myślę sobie tak: ja to mam problemy – z przeproszeniem ja to nie mam żadnych…

Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.