Przez cały tydzien nawet nie zagladalem na bloga. Nie bardzo miałem o czym pisać, a smęcić można prywatnie, tylko dla siebie a zeby zatruwac pogodny nastrój innym to by juz była przesada.
Moi starzy nie dawali długo za wygraną. Przez prawie tydzień chodzili z napiętymi mordami po domu, jakby byli obrażeni na caly świat. A ja byłem zupełnie free like a bird. Wychodziłem i wracałem kiedy chciałem, nocowałem u kogo i z kim tylko chciałem, jadałem u znajomych, non stop siedziałem na kompie, piłem hektolitry kawy i nie żebrałem u starszych o kasę co już zupełnie pewnie wytrącało ich z linearnego toku myślenia.
Moja mamuska jak zwykle dumna, nie powiedziała pierwsza prepraszam, no bo przecież ona nie musi. Żal mi było jednak kobieciny kiedy drukowała cos tam sobie do pracy, jak zwykle rozlożyła WORDa klikając myszka gdzie popadnie… Nawet Marcin nie mogl jej pomóc bo dokonała istnego spustoszenia. Wtedy należało poprosic mnie o pomoc jak z reszta zasugerował moj mlodszy brat a ona co? Chuj – obrociła sie na piecie i z naciagnieta mordą wyszła z pokoju no bo hrabianka nigdy nie przyzna sie że potrzebuje pomocy…
Kiedy drzemałem matka połozyła mi talerz pełen marcepanu i olbrzymie ciacho czekoladowe z napisem „Kocham Cię” – strasznie kiczowate i takie dziecinne, mało wyszukane. I co myślisz, że jej wybaczę…? Hm, a chuj, że też czlowiek musi być taki pojebany i łakomy na te słodycze…
W walentynki siedzę sobie w domu, B. wydzwania wyciagając mnie do kina, M&M’s na balety, od rana przychodzą SMSy od tajemniczych wielbicieli, wszyscy mnie kochają, chcą sie bratać a ja rozmyślnie bojkotuję całe towarzystwo. Słucham całkiem lirycznych kawałków i najchetniej poszedłbym do jakiegoś baru, złoił się nieziemsko i położył prędko spać…
W zeszłe walentynki byłem obłędnie szczęśliwy. Nigdy nie zapomnę tamtego dnia…
