Z tej rozmowy w Katowicach wracałem bardzo zadowolony, dużo sobie po niej obiecywałem, bo tyle trwała i kobieta wydawała się być bardzo konkretna…
Na drugi dzień miałem inną rozmowę, już na miejscu we Wrocławiu, ale do tej od początku podchodziłem: raczej nic z tego. Tylko K. tak się upierał i nalegał, żebym wysłał to swoje cv, że pomyślałem, nie może być tak żeby to jemu bardziej zależało na tej pracy niż mnie samemu.
Jakimś dziwnym trafem po tygodniu zadzwonił telefon: zapraszam cię na drugi etap – usłyszałem.
Tym razem miałem przygotować profesjonalną prezentację firmy i produktu. Postanowiłem podejść do tego na serio, ale nadal zbyt wiele sobie nie obiecywałem. Chciałem po prostu załatwić tę sprawę do końca, bo tak należy, nie chciałem obniżać sobie poprzeczki żeby nie było, że już mi nie zależy.
W trakcie jej wygłaszania usłyszałem: ”masz wadę, nie słuchasz ludzi, wchodzisz im z zdania nim zdąża dokończyć myśl”. Naturalnie zacząłem się bronić na co tylko dorzucono: ”o widzisz, znowu tu robisz…”.
Byłem zły na siebie i jak głupi przejąłem się tym, co usłyszałem na swój temat.
Gdybym wtedy np. usłyszał, że jestem ogólnie dupa wołowa to pewnie bym to łyknął i nieźle by mnie to przybiło – wczorajszego popołudnia było mnie wyjątkowo łatwo urazić i wprawić w podły nastrój. Choćby najmniejsza krytyka pod moim adresem w połączeniu z moją zdolnością do samonakręcania złych myśli była wstanie całkowicie mnie rozbić wewnętrznie.
Wczoraj skończył się mój włoski dla początkujących.
Tamten film miał happy-end.
Zgodnie z obietnicą skontaktował się ze mną mój Pan z interview przekazać swoją ostateczną decyzję – no i powitał mnie w Firmie.
Ło maj got!
