Kupiłem sobie wreszcie rower, taki jaki chciałem, ładny, z przednim amortyzatorem, przerzutkami, halogenami i innymi bajerami.
Od razu chciałem go wypróbować, wiec ledwie wyjechałem ze sklepu od razu ruszyłem w kierunku dobrze znanej mi ścieżki rowerowej wzdłuż Odry. Po 5 godzinach non stop pedałowania miałem sucho w ustach, ale zero pieniędzy w kieszeni, obolały tyłek, spiekła mi się twarz i ręce, ale rower przez cały czas spisywał się pierwszorzędnie.
W weekend pojechałem odwiedzić rodziców – naturalnie rowerem, bo teraz niechętnie się z nim rozstaje po trosze w obawie, że mi go ukradną.
Wracając widziałem ze zbiera się na deszcz. Na moście Milenijnym już prawie się cieszyłem że zdążę do domu przed burzą.
Wtedy spadł mi łańcuch i jakoś dziwnie przewinął się przez pedał. Na dworze ciemno, ja tylko w okularach przeciwsłonecznych, ślepy jak kret, mokry i bezradny. Zatrzymałem się, próbowałem naprawić, ale tylko umaziałem się smarem. Inni rowerzyści tylko mnie mijali ze świstem w oponach, bo każdy śpieszył się by schronić się przed deszczem.
W „Nigdy w życiu” Stence przynajmniej w finałowej scenie w strugach deszczu na moście objawił się Żmijewski… A mnie nikt… A tak bym chciał, żeby zatrzymał się przy mnie jakiś przystojny egzemplarz w czerwonych obcisłych spodenkach i zapytał czy mi przypadkiem nie pomoc…
