Ostatnie dni minęły mi nader szybko.
Ucieszyłem się, że przyjechała do mnie matka, przywiozła te wszystkie frykasy i zabiła nudę i monotonię, która powoli zaczęła wkradać się pomiędzy dni spędzane na zwolnieniu.
Gdyby nie jej towarzystwo, stałbym się zgnuśniałym, marudnym i zasiedziałym w fotelu facetem w bandażach, bo nigdzie nie wychodziłem (prócz obowiązkowych kontroli u doktorka) nie chcąc wywoływać sensacji. W związku z tym, że była tutaj tylko tydzień wypadało pokazać jej co nieco Szwajcarii no i się udało. Pod koniec czuła się już tak dobrze, że bez słowa sprzeciwu pozwalała sprawiać sobie małe przyjemności i prezenty w postaci wszelakiego sprzętu gospodarstwa domowego a ja po ciuchu zastanawiałem się tylko jak ona się z tym całym majdanem zabierze potem do Polski. Nie kupiła nic dla siebie, żadnego ciuszka, żadnego kremiku, perfum, żadnej torebki – zafascynował ja świat czajników, chochelek, pojemników na żywność i durszlaków – pewnych momentach myślałem, że ją zdzielę jak nie wiedziała, który model bardziej jej się podoba…
Niedzielny wieczór po wyjeździe mojej matki spędziłem w gronie przypadkowo poznanych Polaków i było naprawdę wesoło.
W pracy powitano mnie bez większych owacji. Debbie była trochę zła, że nie pracowałem z domu bo przepadły mi terminy szkoleń poza tym mieliśmy duże zaległości, kilka razy niby przypadkiem wytknęła mi ze przez mój wypadek przesunęły się terminy go-live projektu w Anglii i Irlandii. Nie pojechałem tam w sierpniu to pojadę we wrześniu – dla mnie to wszystko jedno.
Jak mantrę powtarzam sobie: kochaj swoja szefową, bo możesz mieć gorszą…
W pracy jest bałagan i wychodzi to za każdym razem, kiedy biorę się za coś nowego. Każdy temat, którego załatwienia się podejmuję to jakby otwieranie kolejnej puszki Pandory. Czkawką odbija mi się współpraca z GE Money Bank a już wepchnięto mnie w projekt z Mastercard, o temacie zaliczek dla pracowników nawet nie chce myśleć…
Chciałbym móc zaplanować swój urlop i przyjazd do Wrocławia, ale niezręcznie jest mi pytać o to teraz szefowa, przecież dopiero co wróciłem ze zwolnienia…
Od czwartku była na delegacji w Berlinie a mnie zostawiła z całym kramem i listą spraw do załatwienia.
O dziwo uporałem się z tym, udało mi się zapiąć wszystko na ostatni guzik czym chyba ją ująłem, bo w piątek dostawałem od niej same przemiłe maile… Super duper jednym słowem.
Wieczorem umówiony jestem na randkę z nowo poznanym Włochem, teraz siedzę w fotelu i popijam czerwone wino, relaksuje się słonecznym weekendem i zastanawiam się gdzie by tu się wybrać: Buenos Aires, Singapur, San Francisco czy Hongkong. Normalnie znów mam klawe życie.
