W związku z nowymi projektami szykuję się do europejskiego tournee: Zurych – Paryż – Londyn – Dublin – Berlin – Zagrzeb.
Koleżanka zapytała mnie czy nie boje się publicznych wystąpień.
Lubię ten dreszczyk na chwilę przed prezentacją, kiedy wychodzę przed grupą słuchaczy. Nigdy nie zaczynam mówić od razu tylko czekam i rozglądam się po sali, patrząc jakby zuchwale ludziom w oczy. Dla jednych może wydawać się to chwilą zwątpienia i podwyższonego stresu (może z wrażenia zapomniałem tekstu) a ja upajam się chwilą – niech sobie ludzie na mnie trochę popatrzą… Ponoć nie widać w mojej postawie lęku, wycofania, czuć tylko siłę.
Niestety nie jest to aż takie proste. Jakkolwiek by się było zakorzenionym w swoim środowisku, każde życie ”publiczne” ma to do siebie, że jest się pod ostrzałem a spojrzenia tak strasznie zintensyfikowane, zwielokrotnione, przedłużone powodują pewien rodzaj dyskomfortu. To trochę tak, jakby się nago szło przez centrum handlowe…
You walked into the party
Like you were walking onto a yacht
You had strategically dipped below one eye
Your scarf it was apricot
You had one eye in the mirror
When you watched yourself gavotte
And all the girls dreamed that they’d be your partner
They’d be your partner and
You’re so vain
You probably think this song is about you
You’re so vain
I’ll bet you think this song is about you
Don’t you don’t you
