W Zurichu nareszcie nastała wiosna a w Londynie ciągle pada. Wypacykowałem się na podróż, bo jeszcze na Heathrow miałem spotkać się z naszym dostawcą. Mina mi zrzedła, gdy wyszliśmy przed terminal, bo oboje byliśmy bez parasoli.
Nie zatrzymaliśmy się w centrum tylko w Richmond i czuje się jakbym był w Anglii tej bardziej prowincjonalnej: w pokoju wilgoć, wszystko skrzypi: podłoga, ściany, sufit, schody, do pokoju idzie się przez cały labirynt pomieszczeń i korytarzy, wszystko jakby mokro zgniło – kilka dni w tym miejscu i depresja murowana.
W pracy odczuwam skutki konfrontacji z L, która swoim podejściem do załatwienia spraw skutecznie wywołuje u mnie ataki białej gorączki. Na dodatek na maile albo nie odpisuje wcale albo odpisuje pytaniami na pytanie czego wprost nie znoszę zwłaszcza, gdy pracujemy w różnych strefach czasowych.
Wśród naszych dostawców utarła się opinia, że L nie należy do osób, z którymi łatwo robi się interesy. Mało kto chce pracować z tą wariatką. Podczas ostatniej telekonferencji miarka się przebrała i było mało profesjonalnie, ale jakże oczyszczająco. Doszło do tego, że od powrotu z Londynu sabotuję pracę własnego departamentu.
