Powrót

Odkąd podczas studiów w mojej głowie zaświtał pomysł samodzielnego wyjazdu do USA z wielkim optymizmem patrzyłem jak ten mój plan powoli przybiera konkretnego kształtu, jak z tygodnia na tydzień z niczego tworzyła się większa całość.

Początkowo chciałem polecieć do Los Angeles na 2-3 tygodnie odwiedzić przyjaciół w Pasadenie, potem spróbować zahaczyć się gdzieś, znaleźć tymczasowo prace, mieszkanie i pobyć kilka miesięcy w magicznej Kalifornii. Pierwotny plan legł w gruzach, gdy G niespodziewanie wyjechała z rodzicami do Iranu a potem gdzieś na inna półkulę. Zawalił się zupełnie, gdy wyszło na jaw, że w Los Angeles niewiele można robić bez auta – wtedy zmuszony byłem pomyśleć o jakiejś alternatywie. Gdy pojawił się koncept San Francisco wiedziałem, że to się musi udać, pełen wewnętrznej euforii zastanawiałem się, dlaczego nie wpadłem na ten pomysł wcześniej: metropolia, niezawodny system komunikacji publicznej, atrakcyjne położenie, nieskończone morze możliwości.
Bilet do San Francisco rezerwowałem w ostatniej chwili, na około 3 tygodnie przed planowanym wylotem, nie miałem zbyt dużego wyboru, bo mocno ograniczał mnie budżet, więc i trasa przelotu była trochę złożona: Warszawa – Londyn – Nowy Jork – San Francisco.
Ojciec od razu poradził mi ubezpieczyć się dodatkowo na wypadek opóźnień samolotu abym nie musiał koczować gdzieś na lotnisku, ale zignorowałem jego rady, bo szkoda było mi wtedy paru dodatkowych złotych. Miałem wytyczony plan – w San Francisco zaraz po przyjeździe musiałem się jakoś utrzymać przez 2-3 tygodnie, tyle czasu dawałem sobie na znalezienie pracy i mieszkania. Co przerażało mnie wtedy najbardziej to niebotyczne ceny wynajmu, więc w dłuższej perspektywie brałem pod uwagę zamieszkanie w hostelu.
Matka zapytała mnie tylko raz czy kogoś znam w San Francisco – odparłem, że nikogo, a potem czy mam gdzie się zatrzymać – poszukam, pójdę do hotelu – odpowiedziałem i byłem wtedy niesamowicie pozytywnie nakręcony całym przedsięwzięciem, bo zamiast przerażać się, ekscytowałem się myślą, że na każdym praktycznie kroku czeka mnie tam przygoda. Wyjątkowo nie protestowała, chyba nie zdawała sobie sprawy, na jaką przygodę się zdecydowałem. Z drugiej strony całe przedsięwzięcie organizowałem sam, za bilet zapłaciłem z własnej kieszeni.
Ojciec dał mi trochę grosza na drogę i kartę kredytową tak na wszelki wypadek gdyby było bardzo źle. Przyjąłem ją z nieukrywaną wdzięcznością składając przed samym sobą obietnicę, że użyje jej tylko w ostateczności, gdy będzie bardzo bardzo bardzo źle.

Z Warszawy wyleciałem do Londynu, potem przesiadłem się na samolot do Nowego Jorku, lot mijał spokojnie, w samolocie poznałem parę Amerykanów wracających z urlopu, młoda kobieta siedząca obok miała starannie wykonane henna przemyślne malunki na obu dłoniach niemal jak Madonna w teledysku Frozen.
Pamiętam, że oglądając film, co jakiś czas przełączałem na ekran zobaczyć gdzie aktualnie znajduje się nasz samolot. Za którymś razem zobaczyłem, że ikonka samolotu leci w kierunku przeciwnym jakbyśmy wracali ze Stanów. Wydało mi się to dziwne, ale szybko to zignorowałem.
Obsługa przechadzała się niemal bezszelestnie pomiędzy fotelami pasażerów klasy ekonomicznej, większość osób spała, na pokładzie panowały względna cisza i spokój. Hostessy przeszły akurat z jednego końca korytarza na drugi, gdy nagle czyjś przeraźliwy krzyk zaalarmował wszystkich dokoła: Pożar! Ogień! Pali się! – ktoś z tylu samolotu nie przestawał krzyczeć a stewardessy nagle jedna za drugą przebiegły na stronę skąd dobiegał alarm i wrzask. Alarm zaniepokoił wszystkich, ale nikt nie zdawał sie panikować, dymu nie było ani widać ani czuć, moja sąsiadka skwitowała, że może ktoś nierozważnie zapalił w toalecie papierosa.
Po nie długiej chwili odezwał się pilot i zakomunikował, że z powodu technicznej usterki jesteśmy zmuszeni przerwać lot i skierować się na najbliższe lotnisko w St. John’s na Nowej Funlandii. Nie byłoby w tym nic niepokojącego gdyby, nie poprosił nas o założenie kamizelek ratunkowych, ściągniecie butów, krawatów, okularów, wyjęcie protez i wtedy zrobiło się trochę dziwnie. Pasażerów z tylnej części samolotu poproszono, aby przenieśli się do przedniej części maszyny i niektórzy musieli zmieścić się w trójkę w dwu osobowych fotelach. Kilku pasażerów nie chciało poddać się zaleceniom pilota i z oporem przychodziło im zakładanie kamizelek. Jedna ze stewardes początkowo grzecznie zmagała się z pewnym opornym pasażerem, który się ociągał i dużo dyskutował, ale wobec braku reakcji na łagodną perswazje jej ton zmienił się na nietolerujący sprzeciwu grożąc, że dopilnuje by nigdy nie wsiadł na pokład żadnego innego samolotu – takie podejście poskutkowała natychmiast. Różne scenariusze kłębiły się wtedy w mojej głowie: nerwowo sięgnąłem po broszurę opisującą procedurę awaryjnego lądowania, bo na serio uważałem, że będziemy wodować a potem ześlizgiwać się do gumowych tratw ratunkowych. Z tamtych emocji najbardziej zapamiętałem to, że w samolocie panowała bezlitosna cisza, nikt nie płakał, nie histeryzował, nawet dzieci były dziwnie spokojne. Gdybyśmy mieli wtedy zginąć nastąpiłoby to w zupełnej ciszy gdzieś nad oceanem, wysoko w chmurach.
Zbliżając się St. John’s pilot poinstruował abyśmy po wyłączeniu lampki zapiąć pasy zaczęli sprawnie przechodzić do rozlokowanych po obu stronach wyjść z samolotu. Samolot dotknął pasa startowego, wyhamował, wyłączono silniki, podjechały wozy straży pożarnej, a my staliśmy pod drzwiami, które ani drgnęły, w kabinie na skutek wyłączonej klimatyzacji zaczęło robić się nieznośnie gorąco i duszno. Staliśmy tak czekając na niewiadomo co, gdy wreszcie pilot zakomunikował, że w związku z tym, że na pokładzie znajduje się spora grupa pasażerów wymagających wizy do Kanady a lokalne lotnisko nie jest przystosowane do obsługi pasażerów tranzytowych, trwają rozmowy z lokalnym Immigration.
Wypuszczono nas po dłuższej chwili i od razu wprowadzono do wyraźnie niedbale przygotowanej sali z pojedynczą toaletą i kilkoma poustawianymi krzesłami. Ludzie siadali na podłodze i ochoczo przygotowywali sobie wygodne miejsca w oczekiwaniu na drugi samolot, który miał dowieźć nas bezpiecznie do Nowego Jorku. Zorganizowano nam posiłki i napoje – pizza wydawała się wtedy bardziej wyrafinowana niż wykwintne dania serwowane w czasie lotu.
Po niespełna dwóch godzinach Amerykanie zaczęli jawnie protestować przeciwko złemu traktowaniu i niemożności wyjścia poza wygrodzone pomieszczenie gdzie swobodnie mogliby skorzystać choćby z telefonów (komórki dopiero zaczynały stawać się popularne). Nie wiadomo, kiedy z zaplanowanych 3 godzin zrobiło się 6, potem 9 i 10 godzin. W końcu pozwolono nam wyjść na zewnątrz i wraz z przypadkowo zapoznanymi Polkami zorganizowaliśmy sobie biwak na trawie przed budynkiem lotniska.
Obiecałem rodzicom skontaktować się z nimi zaraz po wylądowaniu w Stanach. Utknąłem w Kanadzie, dlatego gnany poczuciem odpowiedzialności nie wahałem się zadzwonić do domu na koszt odbiorcy. W Polsce był wtedy środek nocy. Matka na w pół śnięta odbierała telefon a na pytanie czy odbierze połączenie od syna z Kanady rezolutnie odpowiedziała, że syna w Kanadzie nie ma i że to pomyłka… Operatorka nie chciała spróbować drugi raz, dopiero na moje usilne prośby zgodziła się i tym razem wywołała matkę przez jej panieńskie nazwisko. Mamuśka przywitała mnie pieszczotliwie i czule – co ty do cholery robisz w Kanadzie.
Kiedy po powrocie rozmawialiśmy o tej sytuacji przyznała mi się, że przez chwilę wydawało jej się, że cały ten mój wyjazd do USA to była tylko przykrywka przed prawdziwym wyjazdem do Kanady.
Nigdy nie dowiedziałem się, dlaczego musieliśmy wtedy awaryjnie lądować. Z Londynu leciałem American Airlines w niecały rok po zamachu na Word Trade Center może stąd te nadzwyczajne środki ostrożności…

Nieskończenie wiele razy wyobrażałem sobie swój powrót do San Francisco, ale nigdy akurat w taki sposób, bo jakże różniła się ta podróż od tamtej sprzed niemal 9 lat.
Teraz podróżowałem pierwszą klasą i dawne wspomnienia niewiele miały wspólnego z rzeczywistością, było za to wiele zadęcia i niesmaku. Nie utożsamiałem się ze współpasażerami, którzy komentowali różnorodność potraw i alkoholi, bo tacy zazwyczaj w domu wcinają kaszankę i najtańsze wino.
Moja próżność nie została zaspokojona tylko raz, liczyłem że we Frankfurcie z samolotu odbierze mnie limuzyna która zawiozłaby mnie na terminal dla pasażerów pierwszej klasy, ale nic takiego nie nastąpiło. Lounge pierwszej klasy niewiele różni się od tych klasy biznes: jest tylko większy, posiłki i napoje serwowane są przez kelnerki, można położyć się wygodnie spać w specjalnych pokojach. Tzw. ”strefa komfortu” składa się z czterech łazienek, gdzie można wziąć kąpiel lub prysznic przed odlotem. Pokoje kąpielowe, toalety sygnowane są znakiem włoskiego projektanta – takie małe dzieła sztuki: najwyższa jakość, minimalizm formy i dyskretny luksus.
Wchodząc na pokład jumbo jeta miło było tylko rzucić okiem na innych i wejść po schodach na górny poziom gdzie znajdowało się moje miejsce.
Szczytem wyrafinowania okazało się okno w WC! Podczas wizyt w toalecie można odnieść wrażenie, że zlewa się wszystkich i wszystko z góry ciepłym moczem i to dosłownie. Wcześniej z lotniska do hostelu dostałem się podmiejskim autobusem za 2.50, teraz wybrałem taksówkę, górną pryczę piętrowego łóżka zamieniłem na klubowy pokój na 27. piętrze hotelu z widokiem zapierającym dech o każdej porze dnia.

Informacje o saberblog

sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, w czepku urodzony, z poukładanymi priorytetami, który podąża za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo w ten sposób obserwuję siebie i całą resztę. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym. To bardzo przyjemne uczucie, zrobić w życiu coś dla siebie, wbrew temu co mówią inni, co wypada, co należy albo trzeba. Czasem mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracować, dopiero co wyemigrował z Polski, rzucił pracę, wyruszył w podróż dokoła świata, odwiedził ponad 90 krajów. Innym razem łapię się za głowę, ile to już lat minęło, ile po drodze się wydarzyło. Czas jest fajną materią, taką bezkresną i niedotykalną. Fajnie obserwować emocje swoje i innych. Elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę systematycznie – to jedna z niewielu rzeczy, które w życiu robie naprawdę regularnie, bo zwykle na bakier u mnie z obowiązkowością. Czasem wracam do spraw np. sprzed roku i okazuje się, że gdy patrzę na tamten czas choćby z perspektywy dwunastu miesięcy, widzę, że był on naprawdę wypełniony. Myślę że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi życiowego „pionu”. A tak zawsze mogę spojrzeć na przeszłość z dystansu i zobaczyć czy udało mi się zrealizować swój zamierzony plan, zweryfikować gdzie popełniłem błędy albo po prostu pamiętać o tych wszystkich miłych wydarzeniach, których byłem uczestnikiem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s